Majdan. Sajgon. Wojna i kwarantanna
Prolog
„Świat jest prosty i zrozumiały. Jest go dokładnie tyle, ile możesz poczuć i objąć własną pamięcią. Ma wyraźne kontury i mocne granice. Granice te przebiegają tuż obok – za najbliższym rzędem zimnych drzew. Tam dalej, za tymi widocznymi granicami, zaczyna się coś innego – coś zupełnie obcego, niezrozumiałego i dlatego niezbyt interesującego – ludzie, których nie znasz, okoliczności, które ciebie nie dotyczą, kraj, którego nie rozumiesz. (…). Nagle okazało się, że świat jest o wiele większy, niż sobie wymyśliłeś, i znacznie niebezpieczniejszy. Nagle okazało się, że składa się z mnóstwa niewiadomych i niezrozumiałych dla ciebie rzeczy, że jego język składa się z tysięcy nieznanych ci słów i właśnie teraz trzeba się tych wszystkich słów uczyć, uczyć i używać, inaczej nie przeżyjesz, nie wrócisz stąd do domu”.
Sierhij Żadan, Internat
Czy kiedy spotkałam Julię i zaczęłam z nią rozmawiać, przyszło mi do głowy, że jej historią będzie „polityczna”? Szczerze mówiąc, niewiele o tym myślałam. Po prostu jej słuchałam, rozmawiałam z nią, nagrywałam to, co mówi. Próbowałam zrozumieć, przez co przeszła i dlaczego skończyła, podobnie jak ja, włócząc się tu, po Azji Południowo-Wschodniej. Obie znalazłyśmy tymczasowy dom w komunistycznej – choć zdecydowanie prokapitalistycznej – republice Wietnamu. W codziennym życiu ma to na nas niewielki wpływ. Funkcjonujemy tu poza systemem – dwie dziewczyny z Europy Wschodniej, pamiętające jeszcze, choć jak przez mgłę, Związek Radziecki, w strefie wpływów którego obie się urodziłyśmy. To był kompletnie inny świat, ale kogo to dziś obchodzi? Kto to jeszcze pamięta? Jakie to ma znaczenie na drugim końcu świata, który jest zarazem drugim końcem eksperymentu zwanego komunizmem? Obie spijamy tu postkolonialną śmietankę, ucząc wietnamskie dzieci angielskiego i zarabiając na tym co najmniej pięć razy tyle, co nasze wietnamskie asystentki. Może to przypadek, zbieg kilku życiowych okoliczności oraz paru, niekoniecznie najlepszych, życiowych wyborów, w których możni tego świata nie odegrali większej bądź żadnej roli. A może właśnie w tych najmniejszych, bardzo osobistych historiach najwyraźniej odbijają się decyzje podejmowane na szczytach w pilnie strzeżonych zamkniętych pokojach ?
Kiedy słuchałam historii Julii, kiedy pierwszy raz pomyślałam, że mogłabym ją spisać, opowiedzieć, nie myślałam o polityce, choć zastanawiałam się oczywiście, jak to jest zobaczyć wojnę we własnym kraju. Tym bardziej że państwo, z którego Julia pochodzi, niewiele różni się od mojego. Dorastałyśmy, oglądając te same bajki, słuchając podobnej muzyki, wśród niemalże identycznych budynków i krajobrazów, borykając się z prawdopodobnie niewiele różniącymi się problemami i przeżywając podobne zachwyty. Mówimy nawet pokrewnymi językami, choć porozumiewamy się po angielsku. Słuchałam jej i zastanawiałam się, co sama bym zrobiła, gdyby w moim kraju policja bądź armia zaczęła strzelać do ludzi, do tych, których z założenia miała bronić, a moi rodacy budowaliby barykady na ulicach. Gdyby w mojej ojczyźnie jedni zaganiali i podpalali drugich w budynkach, gdyby zaczęli się zabijać z powodu różnicy zdań, innych języków bądź sprzecznych interesów. Co bym myślała i czuła, gdyby rząd mojego kraju zaczął zrzucać bomby na miasta, w których wciąż są jego obywatele? Jak to, że śmierć groziłaby mojemu chłopakowi, matce, przyjaciołom, wpłynęłoby na mój ogląd sytuacji? Czy miałabym wybór? Gdzie bym była, co bym zrobiła?
Zanurzyłam się w historii Julii chyba właśnie z tego powodu. Zaczęłam się zastanawiać, jak zaczyna się wojna, kiedy się zaczyna, kto o tym decyduje, kto na nią idzie? Może dlatego, że ta wojna była bliższa i przez to wydawała mi się bardziej realna, łatwiejsza do wyobrażenia niż konflikty zbrojne w Iraku, Syrii, Meksyku, Afganistanie czy Somalii. Przydarzyła się ludziom, którzy wyglądają jak moi sąsiedzi, którzy są moimi sąsiadami. Toczy się na osiedlach i w wioskach takich jak moja. Jak dochodzi do tego, że ludzie, którzy latami żyją obok siebie, nagle zaczynają do siebie strzelać? Co robisz, kiedy na twoje miasto zaczynają spadać bomby, a miejsce, w którym żyjesz, staje się polem walki? Niekoniecznie zresztą o twoje interesy. Ale to twój dom się wali, znikają miejsca pracy, a twoi ojcowie, synowie, mężowie umierają, tracą oczy, nogi, zdrowie i dorobek całego życia. Twoje dzieci są głodne i mieszkają w piwnicach. Czy wojna, która obiegła światowe nagłówki i na chwilę zatrzymała świat, bo wydarzyła się najbliżej świata Zachodu od co najmniej dwóch dekadach, a nie gdzieś na pustyni czy w dżungli, cokolwiek jednak zmieniła?
Dopiero spisując historię Julii, zaczęłam zadawać sobie pytania, co to znaczy być dziś „politycznie zaangażowanym” czy „politycznie zorientowanym”? Polityka jest przecież „męcząca”, „brudna”, „skorumpowana”, „nudna”. Krzyczy z wiadomości, z okładek gazet, z ulicznych banerów, z radia, z internetowych portali, z ambony i z drugiej strony stołu na weselu bądź przy świątecznej kolacji. Politycy to zły policjant w celebryckim świecie, niezmiennie jednak otrzymujący najlepszy czas programowy. Jeśli nie masz talentu, żeby publiczność rozbawić, to przynajmniej ją wkurzysz. To zresztą ciekawe, że jeśli chodzi o politykę, łatwiej wymienić tych, których nie lubisz, niż ludzi, których podziwiasz, którzy cię inspirują lub przynajmniej z którymi się zgadzasz. Modus operandi spektaklu pod tytułem „polityka” zdaje się umiejętnością funkcjonowania w stanie wiecznego kryzysu. Polityka jest jak gra w piłkę – to wieczne wyrywanie sobie czegoś, kiwanie się, bronienie własnego pola, atakowania pola przeciwnika. Prześciganie się w strategiach fauli taktycznych w postaci nieustannych wzajemnych oskarżeń popartych dowodzeniem nawet nie tyle, że inni nie mają racji, ile że ci inni próbują za wszelka cenę załatwić coś dla siebie, jakoś się ustawić, kogoś pognębić i komuś coś zabrać… A ty się przejmujesz, angażujesz, kibicujesz, oglądasz i przeżywasz te dramaty, punkty zwrotne, aż wreszcie powszednieją ci one jak twojej babci Moda na sukces, a tobie Gra o Tron. Czas przerzucić się na jakąś inną dynastię bądź kanał sportowy. Polityka jest obecnie jak telenowela, dzieje się dziś na ekranach, w odcinkach i zdaje się nie mieć końca. Świat nigdy nie śpi, zdarzenia przesuwają się wzdłuż i w poprzek równika z coraz większą prędkością i intensywnością. Ktoś zawsze nadaje i zawsze jest ktoś, kogo to dotyczy. Nowe twarze, stare zasady – nowe szaty cesarza odsłaniają jednak tylko to, że król jest niezmiennie nagi. Pytanie już nie o to, kto to ogląda, tylko kogo to w ogóle obchodzi?
W tak gęstej sieci, w jakiej żyjemy i komunikujemy się obecnie, szukamy czegoś więcej niż jednostkowej relacji, indywidualnej opinii, pojedynczej historii. Chcemy naocznych faktów. Wiarygodnych danych. Liczb. Statystyk. Portretu zbiorowości, której częścią się czujemy. Obrazu społeczeństwa, z którym się identyfikujemy i którego cele są zbieżne z naszymi, co czyni nasze codzienne wysiłki sensownymi. Wizji, która da nam poczucie bezpieczeństwa i pozwoli wierzyć, że ktoś nie zerwie nagle zawartej z nami umowy. Przekonania, że świat, który dzielimy –w którym umawiamy się na pewne ustępstwa i zasady, świat, w którym spędzamy czas, na którego podtrzymanie wspólnie pracujemy, w którym wychowujemy (lub nie) dzieci, w którym próbujemy na swój sposób być szczęśliwi – nagle nie zniknie albo nie rozsypie się jak domek z kart.
To nie jest tego typu opowieść. To historia pojedyncza. Może podwójna – w tym sensie, że przepuściłam ją przez siebie, ze względu na to, jak do niej docierałam, jak ją rozumiałam, jak, gdzie i w jakich warunkach ją spisałam. Tak czy inaczej – to historia osobista. Ale i polityczna. Opowiem wam o dziewczynie, która w pewnym momencie wstała zza biurka, zostawiła dobrze płatną pracę, sprzeciwiła się ojcu oraz swojemu poprawnemu wychowaniu i pojechała na wojnę.
Recent Comments