SEARCH

Donbas, styczeń 2015

Postanowiła wrócić do Doniecka. Nie zastanawiała się zbyt długo, choć nie do końca wiedziała, co robi. Kiedy spytałam ją, dlaczego właściwie podjęła taką decyzję, po dłuższym zastanowieniu odpowiedziała, że opanowało ją wtedy przejmujące poczucie, że dzieje się coś nienormalnego. Miała wrażenie, że wszyscy kłamią. Nie mogła znaleźć żadnego stabilnego układu odniesienia, żadnego autorytetu, któremu mogłaby zaufać. Doszła więc do wniosku że sama chce wyrobić sobie opinię na ten temat. Czytała gazety, portale z obu stron konfliktu na Ukrainie, śledziła rosyjskie media i wydawało jej się, że te relacje mówią o zupełnie innych miejscach. Żenia nie miał problemów z oceną sytuacji – jego matka mieszkała w mieście zbombardowanym przez ukraińskie wojska. Ona jednak nie wiedziała, co o tym myśleć.

W trakcie naszych rozmów wspomniała raz o koszmarze z dzieciństwa. Miała powtarzający się sen, że właśnie zaczęła się wojna. Szła w nim przez pustą ulicę rodzinnego miasta i widziała czołgi, a na nich bryzgi krwi, kawałki ciał, krew była też na ulicy. Ten koszmar powracał do niej bardzo często. W tym śnie zdawała sobie sprawę, że jej rodzice nie żyją i że jest absolutnie sama. Zgodnie z relacją jej mamy pierwszy raz powiedziała jej o tym śnie, kiedy miała jakieś trzy lata. Podobno powiedziała wtedy: „Będzie wojna i was zabiją, a ja zostanę sama”. Kiedy wojna naprawdę się zaczęła, ten sen do niej wrócił.

Gdy dotarła do mieszkania Antona, ponownie spędzając trzydzieści godzin w częściowo zamarzniętym autobusie, tym razem miała ze sobą kota. Pampuch, bo tak przemianowała kota, który z racji przynależności do rasy brytyjskich krótkowłosych wcześniej nazywał się Adam, również odegrał niespodziewaną rolę na arenie wojennego dramatu, ratując jednego z ich przyjaciół, dziennikarza, z więzienia. Ale o tym później… 

Pierwszą rzeczą, którą zajęła się po przyjeździe do przyszłego męża i nowego domu w mieście ogarniętym wojną, była próba uspokojenia przerażonego i przemarzniętego pupila. Wyciągnęła Pampucha z nosidła, próbując go utulić i ogrzać, żeby poczuł się komfortowo w nowym miejscu. I wtedy właśnie gruchnęło. Okno, z całym impetem rozwarło się na oścież dokładnie naprzeciwko nich. Nie wiedziała, co ma zrobić, po prostu odskoczyła w bok. Próbując ją uspokoić, Anton rzucił: „Nie martw się, to tylko wiatr”. A przecież wiedziała, że to nie wiatr. Właśnie tak zaczęli ze sobą mieszkać. 

Następnego dnia po przyjeździe poszła na rynek kupić środki czyszczące; postawiła sobie za cel, że zrobi z tego kawalerskiego mieszkania dom, i pamięta nieudolnie skrywane przerażenie Antona z tego powodu. To był początek 2015 roku. Miała wtedy dwadzieścia osiem lat. Dość szybko przejęła również kontrolę nad kuchnią. Julia twierdzi, że nie ma autorytarnych zapędów (choć sama ich doświadczyłam, gdy gotowałam z nią barszcz), po prostu Anton jest okropnym kucharzem – po trzech dniach na jego wikcie, podczas których próbował jej chyba zaimponować, zaczęła boleć ją wątroba. 

Zamieszkali razem. Zaczęli być razem, ale po Doniecku poruszali się oddzielnie. Po pierwsze, ona nie zarabiała pisaniem. Pisała, choć dość szybko zdała sobie sprawę, że tego, co tam się działo, nie jest w stanie tak po prostu obserwować z boku, jak dziennikarz z krwi i kości. Dla niej to było za dużo. Widziała spalone domy. Widziała ludzi poranionych przez wojnę, ludzi, którym ta wojna na zawsze odebrała sprawność, ludzi, którzy naprawdę głodowali. Powiedziała mi przy jakiejś okazji: „W naszej kulturze mamy tendencję do tworzenia romantycznych obrazów wojny, ale wojna przede wszystkim śmierdzi. Naprawdę śmierdzi, uryną, kałem i  brudnymi psami… Psami w psychozie. Psom odbija od tak głośnych dźwięków, jakie niesie ze sobą wojna. Moim zdaniem psy mogą po prostu zwariować”.

Fotografowała wtedy szpital, który został zbombardowany. Klęczała, żeby zrobić zdjęcia, i dopiero kiedy się podniosła, zorientowała się, że otacza ją siedem psów. Były dość duże, choć wychudzone. Jeden z nich był naprawdę agresywny, doskoczył do niej i zaczął ją atakować. Miała wtedy na sobie  czerwony płaszcz, który sięgał nieco za kolano, co uratowało jej prawdopodobnie nogi. Nosiła jeszcze wtedy wysokie obcasy, więc jeśli ktoś chciał sobie postrzelać, była idealnym celem – teraz wie, jakie to było głupie. W pewnym momencie psy zaczęły zacieśniać krąg, stawały się coraz bardziej agresywne. Prawdopodobnie były zdezorientowane i potwornie głodne, kompletnie ogłuszone i tak samo szalone jak to, co się wokół nich działo. Silnie wryło jej się w pamięć to przeraźliwe warczenie. Facet, który ją tam przywiózł, był tak przerażony, że nie wychylił nosa z samochodu, a zaparkował może jakieś piętnaście metrów dalej. I nagle, kompletnie znikąd, pojawił się postawny mężczyzna w długich wojskowych butach i zaczął kopać i drzeć się na psa, który się na nią rzucał. Tylko dzięki temu zdołała uciec do samochodu. 

Hội An, sierpień 2018 / kwiecień 2019/ sierpień 2020

Historia z psami nie była pierwszą opowieścią o wojnie, jaką usłyszałam od Julii. Ale wbiła mi się szczególnie w pamięć. Przyjechała wtedy po raz pierwszy odwiedzić mnie w na wpół opuszczonym hotelu, w którym mieszkałam podówczas z jego nieco zdziwaczałym wietnamsko-francuskim właścicielem, potrójnym rozwodnikiem, który wzniósł budynek, wbrew obowiązującemu prawu, bezpośrednio na plaży. Dzięki temu moje okno otwierało się wprost na ocean. Pokój z widokiem, o którym śniłam. Wielka, zapuszczona sala restauracyjna ze ścianą przeszklonych drzwi, które otwierały się na Morze Południowochińskie, i z barem, nad którym wisiały nieużywane i niemyte od wielu lat zestawy kieliszków oraz zdjęcia jego trzech córek, jednej z Kanady, jednej z Japonii i jednej z Francji. Tę ostatnią poznałam. Przyjechała odwiedzić ojca pewnego lata, nie wiem, czy utrzymywał kontakt z resztą, ale zdjęcia uśmiechniętych dziewczynek wisiały i spoglądały z nami na wyspę Cham, kolebkę wielkiego imperium Champa, które trwało na tych ziemiach od drugiego do dziewiętnastego wieku. Właściciel hotelu pochodził z bogatej sajgońsko-francuskiej rodziny, która zaraz po wojnie wykupiła chyba spory kawałek tej plaży. Jego siostra prowadziła sąsiadujący z nami piękny francuski resort, a my mieszkaliśmy w tym lekko rozsypującym się hoteliku schadzek, Nga Nhi, w którym wynajmował pokoje na godziny, nie zmieniając nawet pościeli. Byłam tam jedynym stałym lokatorem i bardzo mi to odpowiadało. Niektórych klientów rozpoznawałam i dyskretnie witaliśmy się skinieniem głowy i uśmiechem. Myślę, że w dużej mierze były to młode pary, które nie miały się gdzie kochać w zazwyczaj jednoizbowych wiejskich domach, choć z pewnością był też spory odsetek małżeńskich wiarołomców i kilka dziewczyn, które tak po prostu zarabiały na życie. Zdarzyło się też, że właściciel wyjechał na ponad miesiąc do Francji, a ponieważ jego wietnamska partnerka, która miała zająć się w tym czasie interesem, miała spotkanie klasowe z przyjaciółmi z liceum w starej cesarskiej stolicy Hue, więc zostawiła mi hotel pod opieką. W ten sposób na tydzień zostałam wietnamską „burdelmamą”. 

To właśnie w tym miejscu po raz pierwszy zaczęłam zadawać Julii pytania o jej przeszłość. Nie myślałam jeszcze wtedy o zrobieniu z nią wywiadu, tym bardziej zaś o spisaniu jej historii. Byłam po prostu ciekawa – chyba najbardziej tego, jak to jest zobaczyć wojnę we własnym kraju, jak to jest się na niej znaleźć, jak to jest doświadczyć niepewności i anarchii, którą taki konflikt ze sobą niesie. Jak zachowują się ludzie w sytuacji, kiedy porządek społeczny, zasady życia w ludzkim stadzie, które przyjmujesz za oczywiste i przezroczyste, nagle przestają być takie oczywiste i przezroczyste. Kiedy spotykasz na ulicy sąsiada, mieszkańca twojego miasta bądź pobliskiej wioski, rodaka i zastanawiasz się, po której jest stronie, a równocześnie sam musisz odpowiedzieć sobie na to pytanie. 

Na Ukrainie obnaża cię momentalnie język, którego użyjesz. Najlepiej uchwycił to może ukraiński pisarz Serhij Żadan w powieści Internat, której główny bohater, Pasza, jest nauczycielem ukraińskiego we wschodniej, w dużej mierze rosyjskojęzycznej Ukrainie. Wojna, która toczyła się dość długo gdzieś na horyzoncie, dociera nagle do jego drzwi, do szkolnego biurka, a on nie tylko nie wie, co powiedzieć, ale nie rozumie też, co się do niego mówi, jakie właściwie znaczenie ma to, co widzi i słyszy. Nie przez przypadek najczęściej powtarzająca się w powieści fraza brzmi: „nie rozumie Pasza”.

Rozmawiając z Julią, czytając powieść Żadana, oglądając wiadomości, dokumenty, nagrania na YouTubie, zapoznając się z artykułami i reportażami, słuchając podcastów i innych Ukraińców, których spotkałam na swojej drodze, zaczęłam się zastanawiać, co z tego wszystkiego rozumiem. Jak i co napisać o wojnie, skoro nigdy – na szczęście – na niej nie byłam? Nie byłam też zresztą na Ukrainie. Co w takim razie mogę z tego zrozumieć? Dlaczego i z jakich powodów mnie to w ogóle interesuje? O czym w ogóle jest ta historia? O wojnie czy o spotkanej przeze mnie dziewczynie? O tym, jak wojna wygląda oczami kogoś podobnego do mnie? Co jej to zrobiło?

Oglądamy wojny w telewizji. Bo wypada być poinformowanym. Tylko co tak naprawdę o nich wiemy? W większości przypadków to, że są, i że na szczęście toczą się gdzieś daleko. Rzadziej zastanawiamy się, jak się zaczynają i z jakiego powodu ludzi się zabijają. Często nie wiedzą tego również ci, którym wojna się przydarza. Tyle że oni nie mogą jej wyłączyć jak telewizora, ominąć wzrokiem jak rubryki w gazecie. Powiedzieć sobie: „Nie dzisiaj, dziś nie mam na to siły”. Ale nawet oni nie chcą widzieć wojny, dopóki nie muszą, dopóki ktoś nie stanie u ich drzwi bądź dach nie spadnie im na głowę. Żadan opowiada o wojnie bardzo realnej, bliskiej nam w czasie i przestrzeni, wojnie, którą widział, choć nie używa żadnych nazw, a bohaterowie jego powieści mają tylko imiona albo etykietki związane z ich rolą w snutej przez niego historii. Opowiada o niej z perspektywy kogoś, kto nie chce mieć z nią nic wspólnego, kogo ta wojna nie interesuje, kogoś, kto w reakcji na nią po prostu wzrusza ramionami i uważa, że ten konflikt go nie dotyczy. Pasza nie ogląda już telewizji, ponieważ wiadomości są po prostu przerażające, choć telewizor w domu nie gaśnie nawet w nocy, „jak jakiś wieczny ogień – płonie nie tyle z radości, ile na pamiątkę umarłych”. Moment, w którym Pasza podejmuje decyzję, że pójdzie do Internatu, by przyprowadzić do domu siostrzeńca, kiedy zamiast z daleka obserwować łuny na niebie i liczyć co wieczór dalekie huki spadających i rozsadzających kolejne budynki pocisków, decyduje się w ich stronę pójść, kiedy musi się z tą wojną na horyzoncie osobiście zmierzyć, bo wojna odbiera mu pracę, wdziera się do jego życia, ten moment, w którym nie może jej już ignorować, bo musi kogoś z niej uratować, ten moment, zanim opuści znany mu „do ostatniego guzika” dom, moment tuż przed otwarciem drzwi, zanim wyjdzie w zimny, „nieruchomy jak kolejka w szpitalu” styczniowy poranek na front i w ostatnim odruchu zerka do pokoju Starego, ten moment zapadł mi z całej książki najgłębiej w pamięć:

„Stary śpi w fotelu, z ekranu próbuje się do niego dokrzyczeć ktoś zalany krwią, ale na marne – dźwięk stary wyłączył już w nocy, nie trafisz teraz do niego, choćbyś krzyczał bez końca. Pasza przez chwilę zatrzymuje się, patrzy na krew. Ten, który krzyczy, też przesuwa wzrok na Paszę i krzyczy już do niego: nie wyłączaj, posłuchaj, to ważne, ciebie to też dotyczy. Pasza szybko znajduje jednak pilota, wciska wielki czerwony przycisk, rzuca pilota na stół i wychodzi na dwór, ostrożnie zamykając za sobą drzwi, żeby nie obudzić starego. Ale drzwi i tak przejmująco skrzypią w porannym mroku, stary w pokoju od razu się budzi, znajduje pilota i milcząc, włącza telewizor, w którym dzieje się coś potwornego, coś, co dotyczy wszystkich. A Pasza już dobiega do stacji. Coś jest nie tak, myśli, coś tu jest nie tak”.

Julia w odpowiedzi na to, czemu wróciła do Doniecka, po dłuższym wahaniu, szukając słów, wypowiedziała to samo zdanie: „Nie mogłam pozbyć się tej myśli, że coś jest nie tak. Coś było nie tak”. Ta wojna działa się przez chwilę na ekranach całego świata, a ona pomimo tego, że oglądała, czytała, słuchała, nie była w stanie zrozumieć, co się tak właściwie dzieje w jej kraju. W przeciwieństwie jednak do bohatera Żadana wiedzieć chciała. Nie musiała na tę wojnę iść, a jednak tam pojechała. 

Pasza, przedzierając się przez kolejne strefy konfliktu przez trzy zimowe dni i noce, bardzo szybko traci orientację, po której stronie frontu się znajduje. Podobnie zdezorientowani wydają się wszyscy wokół niego. Czasem spotyka grupki ludzi, którzy gdzieś biegną, organizują się, krzyczą, w którą stronę iść, dyskutują, gdzie jest największa szansa na przetrwanie. Zdaje się jednak, że nikt już nie wie, gdzie są i którzy to właściwie „nasi”. Strzelają z każdej strony i nikt nie ostrzega, kiedy i gdzie spadną kolejne pociski.

” Tu żyją ludzie. Bez wody. Bez gazu. Bez prądu.” fot. Julia Małkina- Buhuslavska
” Ktoś tu żyje” fot. Julia Małkina- Buhuslavska
fot. Julia Małkina- Buhuslavska
fot. Julia Małkina- Buhuslavska

Większość ludzi siedzi więc po piwnicach bądź na dworcach, w oczekiwaniu na pociąg, który nigdy nie nadjeżdża. Nawet żołnierze nie bardzo wiedzą, co robią, dokąd idą, do kogo właściwie strzelają. On jednak iść musi, dotrzeć do określonego punktu, a potem ma jeszcze nadzieję wrócić. Za każdym razem, gdy napotka kogoś na swojej drodze, powtarza się ta sama sytuacja: moment zakłopotania, zawahania, obawy, w jakim języku się odezwać i jak zareagować, jeśli okaże się on „niewłaściwy”. To trochę jak gra w Indianina: kto pierwszy mrugnie, przegrywa. Zazwyczaj udaje mu się przetrzymać przeciwnika i odpowiedzieć w tym samym języku. Nie każdy jednak daje się tak łatwo zbyć; zdarza się, że ktoś przyciska Paszę do muru pytaniami o to, czemu nie walczy, czemu jako mężczyzna nie ma broni, nie broni „swoich”. Pasza nie wie już, kto jest swój dla kogo, rządzić zdaje się zasada, że nie należy drażnić tego, kto ma broń i ludzi za sobą, dlatego bardzo zgrabnie omija ten temat. W końcu jest nauczycielem i zawodowa etykiet(k)a zdaje się jego kartą przetargową. Kiedy i to nie działa, wyciąga z kieszeni sparaliżowaną rękę i to zazwyczaj załatwia sprawę. W takich czasach musisz nie mieć ręki, żeby nie trzymać broni. Jak kameleon, dostosowuje się do wszystkiego, co napotyka po drodze, przyjmuje barwy ochronne. Problem w tym, że w bezimiennym i bezpaństwowym miejscu, w którym nie do końca wiadomo, kto i o co się bije, nie ma już innych barw niż brudny śnieg, czarny węgiel i wylewająca się z uszu bądź porozrywanych kończyn czerwona krew. Wszyscy są brudni, zmarznięci i zmęczeni. Tak samo, bez względu na to, po której są stronie. 

Julia mogła oglądać tę wojnę z kanapy, z włączonym dźwiękiem, wyłączoną uwagą, albo w ogóle na nią patrzeć. Mogła o niej nie mówić. Nie pisać. Nie słuchać i nie oglądać tego wszystkiego. Ale wstała i pojechała zobaczyć wojnę na własne oczy. Rozmawiała, słuchała, pisała i co ważne – nigdy nie grała w językowego Indianina, zawsze przedstawiała się jako Ukrainka. Postawiła to sobie za punkt honoru, choć już wtedy stała się celem ataków ukraińskich nacjonalistów, którzy w komentarzach pod jej artykułami i postami nazywali ją „dziwką separatystów”. Wszystkie rozmowy i wywiady prowadziła po ukraińsku, nawet jeśli jej rozmówcy odpowiadali po rosyjsku (którym Julia również mówi płynnie). Podobnie jak Pasza nie opowiadała się po żadnej ze stron, ale robiła to z innych pobudek – dla niej wszyscy byli „swoi”. Uparcie sprzeciwiała się dzieleniu Ukraińców na swoich i nie swoich, patriotów i zdrajców. Do tej pory uważa, że wszystkie strony mogą się porozumieć, jeśli usiądą razem do stołu, jeśli zaczną rozmawiać, bez względu na to, jakiego języka będą używać. Ważne, żeby chcieli się usłyszeć. Może właśnie na tym polegała jej walka – biła się o to, żeby się dogadać, żeby znaleźć wspólny język, żeby znaleźć jakiś wspólny mianownik. Postanowiła więc pójść do separatystycznego rządu i dogadać się z tworzącymi go ludźmi po ukraińsku. Niektórzy myśleli, że zwariowała.

Share
Facebook Twitter Google+