SEARCH

Donieck, sylwester 2014 / Kijów, styczeń 2015

Dźwięk spadających bomb. To był dla niej szok. Bardzo dobrze pamięta, kiedy usłyszała je po raz pierwszy. Siedzieli w etiopskiej kawiarni na jednej z głównych ulic Doniecka, pijąc najlepszą kawę w mieście. Palili jednego papierosa za drugim. To był jeden z tych szarych zimowych dni. Czuła się zła i smutna jednocześnie. Jej eks siedział naprzeciwko i pisał do jakiejś nowej dziewczyny. Właśnie otwierała usta, żeby mu powiedzieć, że to słabe i że mógłby się powstrzymać, przynajmniej dopóki siedzi razem z nią, i właśnie wtedy spadły… Nigdy nie słyszała niczego tak głośnego. Przez chwilę miała uczucie, jakby wszystko wokół, łącznie z nią, rozpadło się na kawałki.

Bomby spadały na miasto, ale nie w ich dzielnicy. Centrum miasta zbombardowano tylko kilka razy. Był sylwester. Zaraz po tym, jak wszystko się skończyło, poszli z Żenią zobaczyć balet. W operze było pełno pijących szampana elegancko ubranych ludzi z dziećmi. Całkiem zwyczajne sylwestrowe przyjęcie. Koktajlowy bifor. Tak jakby nic się nie wydarzyło. Doniecki balet uważano za jeden z najlepszych w Związku Radzieckim. Kiedy na scenie pojawiła się primabalerina, uwagę Julii przykuła przede wszystkim jej lekka nadwaga, jak na balerinę oczywiście. Jej partner miał problemy, żeby ją podnieść.

Dopiero później zrozumiała, że primabalerina przytyła prawdopodobnie dlatego, że musiała się ukrywać i nie mogła ćwiczyć. A jednak tancerze wciąż chcieli stworzyć dla mieszkańców noworoczną atmosferę, więc weszli na scenę i zatańczyli. Pamięta, że była tym naprawdę podekscytowana i wzruszona jednocześnie.

Po balecie poszli do mieszkania Antona. Wzięli butelkę wina i papierosy. Może coś jeszcze. Nie pamięta tego dokładnie. Siedzieli i gadali. Anton był ostatecznie zupełnie przypadkowym facetem, którego spotkała tam, na miejscu, ale wtedy właśnie powiedział jej, że może nie powinna wracać na Ukrainę.

Mimo wszystko po dziesięciu dniach postanowili z Żenią, że wracają. Bilety kupili wcześniej, więc poszli prosto na pociąg. Nie czekając na konduktora, weszła od razu do wagonu. Dopiero gdy sprawdziła numer siedzenia, zorientowała się, że bilet, który trzyma w ręku, obowiązywał na pociąg, który odjechał pięć dni wcześniej. Byli jednak na tyle zdesperowani, że dali konduktorowi wszystkie pieniądze, jakie ze sobą mieli, i w ten sposób udało im się go przekonać, żeby ich nie wyrzucał z wagonu.

Wróciła do Kijowa i starała się prowadzić normalne życie. Jednocześnie wszystko, co widziała, nieustannie mieliło się w jej głowie. Starała się to jakoś przepracować, pisząc artykuły, i trochę o tym zapomnieć ,świętując Nowy Rok wraz z przyjaciółmi. Ten facet, Anton, pisał do niej codziennie, lecz pewnego dnia po prostu zamilkł. Nie mogła go namierzyć i wtedy zrozumiała, że się o niego martwi. To było bardzo dziwne uczucie, nie byli przecież nawet przyjaciółmi, ale zorientowała się, że za nim tęskni.

Wreszcie okazało się, że go aresztowali, bo szlajał się pijany w trakcie godziny policyjnej tam, gdzie nie powinien. To był bardzo dziwny okres w jej życiu. Zerwała z chłopakiem z Doniecka, a zaraz potem odezwał się do niej jej były kochanek i zapytał, czy mógłby się u niej zatrzymać na kilka dni, bo właśnie rozstaje się z żoną. To była dość zaskakująca prośba, ale zgodziła się, ponieważ miała poczucie, że jest między nimi coś niedomkniętego i niedopowiedzianego. Zamieszkali więc razem: jej były kochanek, były chłopak i znajoma, która nie miała się gdzie podziać – wszyscy na kupie, w jednopokojowym mieszkaniu, trochę jak za komuny. 

W pewnym momencie jej były kochanek przestraszył się, że Julia jest separatystką, i to dało jej do myślenia. Co by to zmieniło, nawet gdyby nią była? Ludzie nawet w jednej rodzinie nagle zaczęli się dzielić na pro- i anty-, na prawdziwych Ukraińców i na tych, którzy nimi nie są.

Wspomina te dni jako trudny czas. Pamięta ten poranek. Obudziła się i żeby zająć głowę czymś innym, postanowiła, że ugotuje dla wszystkich curry. Poszła na rynek, kupiła warzywa, cały dzień gotowała. Wieczorem wszyscy usiedli razem przy stole i zabrali się do jedzenia. Po pierwszym kęsie jej były kochanek wypalił: „To w ogóle nie smakuje jak curry”, po czym po prostu wrócił do zajadania się tym niefortunnym, przynajmniej jego zdaniem, posiłkiem. I wtedy, zupełnie dla niej niespodziewanie, straciła nad sobą kontrolę. Cały dzień czuła się poddenerwowana i rozstrojona, ale w tym momencie coś w niej pękło. Nie myśląc zbyt wiele, wstała i władowała mu prosto w twarz cały talerz tego, co jego zdaniem nie było curry. Tak  jak nagła i zaskakująca, nawet dla niej samej, była to reakcja, tak silne jednocześnie ogarnęło ją uczucie, że to już koniec, że właśnie zamknęła ten rozdział  i nie chce go już więcej w swoim życiu.

Tego samego wieczoru napisał do niej Anton: „Wiesz co, chyba Cię potrzebuje. Po prostu przyjedź”. Praktycznie go nie znała, ale nagle zdała sobie sprawę, że musi tam wrócić. Tydzień później siedziała z czterema walizkami i kotem w autobusie nielegalnie dostając się do Doniecka przez rosyjską granicę.

Wietnam, Delta Mekongu, grudzień 2018

Julia, wymaga od ciebie takiej samej uwagi, jaką sama ci oferuje. Słyszałam o niej różne opinie, często pojawiały się w nich sformułowania typu „jest bardzo intensywna”, „jest specyficzna” itp. Coś jest na rzeczy. Może dlatego lubiłam jej słuchać, odkrywać jej historię. Ale o wojnie opowiedziała mi dopiero po roku znajomości.

Julia nie lansuje się tym, co przeżyła. Nie przejmuje się też zbytnio opiniami innych na swój temat. Sprawia wrażenie, jakby nieustannie żyła z ciekawością zapatrzonego na coś dzieciaka, ale i z taką samą ilością dezaprobaty i blazy charakterystycznych dla trzylatka, kiedy nie dzieje się nic, co mogłoby go zainteresować. W przeciwieństwie do trzylatka jednak Julia ma konkretne, zdecydowane poglądy. I opinie, których bardzo zdecydowanie broni, zwłaszcza kiedy coś jej nie pasuje. Jednocześnie ma w sobie gotowość, że życie może człowieka zaskoczyć, a świat wywinąć fikołka. Jeśli chcesz czegoś się o niej dowiedzieć, musisz ją o to zapytać, ale jeśli rzeczywiście cię to interesuje, jeśli naprawdę pytasz, to Julia zabierze cię tak daleko, jak sama się wybrała. W podróży może najbardziej pasjonujące jest zresztą właśnie odkrywanie ludzi, a nie miejsc. Dopiero wtedy jesteś w stanie zrozumieć, do jakiego stopnia kształtuje cię to, gdzie jesteś i w jakim momencie tam jesteś. Nie wszyscy mają prawo wyboru w tej kwestii, dlatego warto zdać sobie sprawę, że dla wielu ludzi to nieosiągalny przywilej. Bo życie mnóstwa osób wciąż bardzo zależy od tego, gdzie, kiedy i jako czyje dzieci się urodzili. 

Zanim zasiadłyśmy do ukraińskiego barszczu, który razem uwarzyłyśmy w na wpół opuszczonym hotelu na wietnamskiej plaży, przy którym opowiedziała mi swoją historię, minął prawie rok od naszego pierwszego spotkania. Wcześniej zaś spotkałyśmy się w Sajgonie – w Boże Narodzenie 2018 roku. Poznałam wtedy jej męża, czyli człowieka, który odmienił jej życie pośród wojennej zawieruchy. 

Anton to materiał na oddzielną opowieść. Kiedy stoi przy Julii, sprawia wrażenie ekscentrycznego bezdomnego – drobny, zarośnięty, z manierą chłopaka z monopolowego. Różni go tylko dopasowana i nieodłączna kamizelka wyciągnięta żywcem z szafy dziadka. Nigdy nie widziałam nikogo, do kogo ubranie pasowałoby do tego stopnia – wyglądał, jakby urodził się w tej satynowej musztardowej wąziutkiej kamizelce. Podchodzisz więc do niego jak do ziomka z ośki, którego przypadkiem spotkałaś na ławce, i zaczynasz z nim rozmawiać, a kiedy zaczynasz z nim rozmawiać, to nagle ogarnia cię poczucie, że nie chcesz tej rozmowy kończyć, choć nie jesteś jednocześnie całkowicie w stanie za nim podążać. Wiem, że wiele mogłabym się od niego nauczyć. Wiem, że Julia wiele się od niego nauczyła. 

Pierwszy dzień świąt spędziliśmy w Sajgonie, przemianowanym po wojnie na znak zwycięstwa Północy nad Południem, jak i Wschodu nad Zachodem, oraz ku czci przywódcy socjalistycznej rewolucji na Ho Chi Minh. Postawiliśmy stolik na małej bocznej uliczce w centrum miasta, tuż przed naszym hotelikiem. W ramach świątecznej uczty wykosztowaliśmy się na francuski ser pleśniowy i wino. Wschodnioeuropejski postkolonializm w wietnamskiej pseudokomunie. Pomimo wielu lat francuskiego protektoratu ser i wino to towary wciąż deficytowe w tej części świata, rarytasy na święta. Gdy byliśmy dziećmi, to i w Polsce, i na Ukrainie karmili nas pomarańczami z Wietnamu, których tutaj nawet nie jedzą, tylko wyciska się je na sok. Ja, Julia, i Anton znaliśmy tylko takie pomarańcze bo były to jedyne egzotyczne owoce, które do nas docierały. Pamiętam ten cierpki i włóknisty smak świąt. 

Trzydzieści lat później siedziałam przy małym stoliku na sajgońskiej bocznej uliczce wraz z dwójką wschodnioeuropejskich dysydentów i delektowałam się małą burżujską ucztą w kolejnej odsłonie socjalizmu . Jedząc francuski ser i pijąc chilijskie wino, dyskutowaliśmy na temat współczesnych układów władzy, klasowej dystrybucji dóbr oraz arbitralnych podziałów etnicznych i politycznych. I tak zaczęłam wsiąkać w ich świat. Tak z samego środka prawdopodobnie najbardziej chaotycznego punktu Azji Mniejszej wyruszyłam w podróż na wschód Ukrainy, na pogranicze Europy. To spotkanie i ta rozmowa to podróż, z której wciąż nie wróciłam i z której niekoniecznie chcę wracać. 

Drugiego dnia świąt postanowiliśmy się jednak ewakuować z tej znajdującej się w nieustannym ruchu urbanistycznej entropii, tego nieprzewidywalnego i niemożliwego do uciszenia labiryntu pełnego jednośladów, metropolii uginającej się pod ciężarem prawie dziesięciomilionowej populacji, która nie mówi do siebie, tylko się drze, nieustannie coś sprzedając lub śpiewając przez rozkręcone na full wszechobecne systemy nagłaśniające, zwielokratniające ich głosy już nie w decybelach, lecz w kilobelach. Wszystkiego jest tu nadmiar, jakby ktoś zmutował ideę miasta i w ramach eksperymentu chciał sprawdzić, jak szybko może rozrastać się urbanistyczna tkanka. Jeśli szukać na świecie miejsc, które najlepiej wyjaśniałyby pojęcie „chaosu”, to Sajgon świetnie się do tego nadaje. Miejski rak. Miasto rój. Ludzki ul. Wolna amerykanka. Burdel na (dwóch) kółkach. Hałas doskonały. 

Wspólnie z Julią i Antonem doszliśmy do wniosku, że nie o taką świąteczną atmosferę nam chodziło. Znaliśmy już Sajgon. Byliśmy nim zmęczeni. Wsiedliśmy więc w autobus z leżankami i wyruszyliśmy dalej na południe. Przejechaliśmy w nim deltę Mekongu. Podczas tej podróży próbowałam dowiedzieć się więcej na temat tego, co wydarzyło się w momencie, kiedy Janukowycz zrezygnował z podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unia Europejską, w efekcie czego rozpętał się Majdan, a następnie Poroszenko przejął władzę. Może po raz pierwszy naprawdę zainteresowałam się sytuacją w kraju położonym za wschodnią granicą Polski. Zamiast oglądać medialne migawki i czytać kolejne nagłówki, próbowałam słuchać ze zrozumieniem ludzi, którzy tam byli, którzy na Ukrainie się wychowali. Usiłowałam zrozumieć, jak doszło do wybuchu konfliktu w Donbasie. Zaczęłam też poznawać go od innej strony, słuchać ludzi patrzących na niego z innego punktu widzenia. Julia i Anton opowiedzieli mi, co wydarzyło się w Odessie,  kto i jak docierał na Majdan, a także co działo się z tymi, którzy próbowali organizować demonstracje o przeciwnym wektorze. Wsłuchiwałam się w ich historie, ich wersje rzeczywistości, ich wersje teraźniejszości. 

Wszystko wydawało się bardziej rzeczywiste i znajome niż te porozkraczane, zbite na słowo honoru drewniane bądź eternitowe budy w mulistych i rdzawych widłach Mekongu, które przesuwały się za oknami autobusu jak przewijane w lekko zwolnionym tempie filmowe kadry. Późnym popołudniem dotarliśmy do granicznego Hà Tiên. 

Zagraniczni turyści traktują to portowe miasto jak punkt przelotowy między Phú Quốc, najbardziej na południe wysuniętą wyspą Wietnamu, a południowym wybrzeżem Kambodży. To taka wietnamska Jałta czy Kołobrzeg, miasto-sanatorium, które lata świetności ma już za sobą i czeka na kolejną falę przychylnego turystycznego przypływu. Tymczasem toczy się tam zwyczajne i leniwe życie. Najbardziej w pamięć zapada tam ptasi krzyk, który wypełnia to miasto. Wietnam na prowincji generalnie wypełniony jest świergotem ptaków, trzymanych w klatkach niemalże w każdym domu. Słyszałam nawet o tym, że rozdziela się pary i trzyma je oddzielnie, ale tak by ptaki się widziały, bo wtedy, zgodnie z panującą tu opinią, śpiewają najpiękniej. Romantyczne mrzonki nie są, jak widać, aż tak kulturowo zróżnicowane. W Hà Tiên nie było jednak klatek, a ptaki nie tyle śpiewały, co krzyczały. Jakbyś nagle znalazła się w filmie Hitchcocka. Po pewnym czasie umysł zaczyna ignorować ten dźwięk, inaczej można by zwariować. Ale skąd właściwie ten ptasi wrzask?

W Hà Tiên są takie specjalne budynki, których funkcji z początku zupełnie nie mogłam rozszyfrować. Dziwne klocki-bloki z dodatkową zewnętrzną ścianą, równomiernie perforowaną małymi okrągłymi otworami. Te podwójne ściany to kurtyny, z dziurami-drzwiami zapraszającymi wietnamskie jaskółki do zakładania w nich gniazd, z których potem ludzie wydłubują ptasią ślinę. Podobno ma ona właściwości lecznicze i często kupują ją rodziny chorych na raka. Kosztuje milion dongów za gram. A Hà Tiên jest centrum hodowli tych ptaków. I stąd ten krzyk, to wszechobecne zaptaszenie. 

Piszę o tym miejscu tyle, bo właśnie tam Julia i Anton postanowili się zatrzymać. Dość osobliwy wybór, nawet jak na ekspatów. Jakby mało mieli ptasich krzyków, zamieszkali na parterze starego, zamkniętego hotelu, gdzie za ścianą ich sypialni, w komórce, znajdował się inkubator jaskółek. Zostałam tam z nimi tylko dwa dni, po czym wsiadłam na prom, który powiózł mnie trzydzieści kilometrów w głąb morza, aby zanurzyć się w inny, elektroniczny, hałas, który wyeksportowany został swoją drogą na ten egzotyczny koniec świata z Krymu, zaraz po jego przejęciu przez Rosję. Festiwal Kazantip i jego azjatycka odsłona to również materiał na oddzielną opowieść Ale Hà Tiên już zawsze będzie mi się kojarzyło z tym nieustannym ptasim krzykiem, ptasim ravem, który odbijał się od ścian na wpół ospałego i opustoszałego portowego miasteczka. 

Share
Facebook Twitter Google+