Donbas, grudzień 2014
To było słoneczne zimowe południe, dwa tygodnie przed sylwestrem. Wsiedli do autobusu i jechali przez wiele godzin przez piękny step Donbasu. Przez setki kilometrów tylko trawa i słońce. Przejeżdżali przez małe wioski rozsiane po tym stepie i dopiero po pewnym czasie dotarło do niej, że toczy się tam wojna. Pierwszym prawdziwym znakiem konfliktu zbrojnego, który zobaczyła, był czołg stojący na podwórku jednego z domów na kompletnym odludziu, z wielkim okiem lufy wycelowanym w ich kierunku…
W Doniecku nie znała nikogo oprócz swojego byłego. Miała jednak przyjaciela, który skontaktował ją ze stacjonującym tam dziennikarzem, którego wpisy na Facebooku śledziła już od jakiegoś czasu. Napisał do niej, żeby się spotkali: wytłumaczy jej, jak się poruszać po Doniecku, generalnie zapozna ją z wojennym BHP…
Wzięła Żenię i poszli do jego mieszkania. „Tam zobaczyłam go po raz pierwszy – opowiada Julia. – Tego małego… Nie, „mały” to złe słowo… Zobaczyłam niskiego mężczyznę w czarnym kapturze, który siedział tam już, kiedy przyszliśmy, i pamiętam moją pierwszą myśl na jego widok: „Ale nieatrakcyjny facet”. Teraz ten facet jest moim mężem. Siedział tam i pił jägermeister. A ja nienawidzę jägera”.
Nie była to więc miłość od pierwszego wejrzenia. Zaraz po tym, jak przyszli, on się zebrał i zaczął robić czefir, gęstą, słodką i bardzo mocną herbacianą esencję. Moja babcia wołała na nią „szatan”. Pamiętam, że imbryk z szatanem zawsze stał na węglowym piecu w rogu kuchni i gdy człowiek chciał się rozgrzać, dolewał sobie do niego trochę gorącej wody. Nie wiem, czy to czy za sprawą cukru, czy ilości teiny, ale szatan –czefir od razu stawiał na nogi. Okazało się, że Anton – tak ma na imię jej mąż – nauczył się go przyrządzać w więzieniu. Na pytanie, jak trafił do więzienia, odpowiada: „Kiedy byłem młody, chciałem robić rewolucję i tak trafiłem za kratki”. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciła uwagę, było to, że kiedy o tym mówił, nie było w tym nic godnego pożałowania. Po prostu mówił i robił swoje. Dał jej wtedy sporo przydatnych instrukcji. Między innymi powiedział, dokąd się udać, żeby zdobyć dziennikarską akredytację, oraz przekazał jej namiary na organizację humanitarną, która zaopatrywała ludzi żyjących w schronach.
Następnego dnia, skontaktowała się z tą organizacją i pojechała do schronów. Zobaczyła tam ludzi, którzy mieszkali w nich od miesięcy. To byli zwyczajni ludzie. Po prostu ich domy mieściły się w najciężej bombardowanych dzielnicach. Gdy wypadły im okna, przeprowadzili się do piwnic. Bo te schrony to były generalnie piwnice bloków. Miały grube ściany i śmierdziało w nich pleśnią. Ten smród pleśni, kiedy schodziła po ciemnych schodach, od razu ją uderzył. A potem ich zobaczyła: w każdym pomieszczeniu, w zależności od jego wielkości – średnio miały około trzydziestu metrów kwadratowych – spało od dziesięciu do dwudziestu osób. Pamięta też napis na ścianie, który przykuł jej wzrok, kiedy schodziła w dół piwnic „Sabina + Julia = Przyjaciółki” i wielkie serce.

Poznała Sabinę i Julię, dwie ośmioletnie dziewczynki, które zaprzyjaźniły się, żyjąc tam od miesięcy.

Ludzie, których tam spotkała, zabrali ją na spacer po zdewastowanym osiedlu. Niektóre budynki były kompletnie zniszczone. Kiedy robiła zdjęcia jednego z nich, z którego zostały tylko zgliszcza, jej uwagę przykuły cztery słoje stojące pośrodku tego gruzowiska.

fot. Julia Małkina- Buhuslavska 
fot. Julia Małkina- Buhuslavska
Zdziwiła się, jak to możliwe, że przy takiej sile wybuchu, która dosłownie obróciła budynek w pył, przetrwały akurat słoiki. Kiedy się im przyglądała, jeden z mężczyzn, który ją tam zabrał, opowiedział jej ich historię. W tym domu mieszkało stare małżeństwo. Mężczyzna był niepełnosprawny, nie wstawał już z łóżka. Wszyscy uciekali, ale żona podjęła decyzję, że go nie zostawi. I oboje tam zginęli. Wszystko, co po nich zostało, to te słoiki z kiszonymi ogórkami, niczym szklana urna ze zminiaturyzowanymi pomarszczonymi szczątkami. Poszli dalej, natknęli się na dwupiętrowy budynek, którego połowa legła w gruzach po ostatnim bombardowaniu, można więc było bez wchodzenia zajrzeć do środka. Obok ziała wielka dziura, szeroka na metr i głęboka na co najmniej cztery metry. Kiedy tam stała, przechadzająca się nieopodal dziewczyna zagaiła: „Słyszałaś kiedyś, że bomba nigdy nie spada w to samo miejsce? Gówno prawda”.
To było zdanie, którym rozpoczęła swoją pierwszą relację z Doniecka.
Julia Małkina, Donieck, 27.12.2014
Dzieci Wojny 2.0
Oryginalna publikacja w języku angielskim
Mówią, że pocisk nigdy nie spada w to samo miejsce dwa razy. To nieprawda.
Rejon Pietrowski to dzielnica miejska Doniecka zamieszkana przez górników i ich rodziny, jedno z miejsc znajdujących się od kilku miesięcy pod najcięższym artyleryjskim ostrzałem armii ukraińskiej. Rozglądam się w poszukiwaniu budynku, który nie byłby uszkodzony przez pociski, ale nie widzę żadnego wokół siebie. Widzę za to zniszczone sklepy, połamane płoty, dachy z dziurami po odłamkach pocisków, okna zasłonięte dyktą i opuszczone ulice. Miejscowi mieszkają w schronach.
W schronach powietrze jest wilgotne i śmierdzi pleśnią. Grzyb spenetrował wszystkie chropowate ściany i powoli rozsadza je od środka. Łóżka leżą jedno przy drugim, gips na ścianach popękał, a nad głowami ludzi pulsuje blade światło żarówki. Pięćdziesiąt dwie osoby, w tym dzieci, mieszkają tu od pół roku.
Obecność dzieci zauważasz zaraz po wejściu. Małe zielone japonki i zabawki walają się po podłodze, a na ścianie widnieje napis „Julia + Sabina = Przyjaciółki”. W świecie przed wojną taki napis mógłby pojawić się na chodniku, ścianie bądź płocie albo zostać wydrapany na szkolnej tablicy informacyjnej. Ale te dzieci nie chodzą do szkoły. Dopiero niedawno, po ogłoszeniu zawieszenia broni piątego września, pozwalają im czasem wychodzić, żeby pooddychały świeżym powietrzem. Wcześniej tylko najdzielniejsi dorośli wypuszczali się na zewnątrz, żeby ugotować coś do jedzenia.
W przyległym bloku jest czterdzieści mieszkań. Nie można było tam zostać, niebezpieczeństwo było zbyt duże, więc ponad setka ludzi tłoczy się w piwnicy budynku. Godzinami nie ma prądu, nie ma też więc kontaktu ze światem zewnętrznym. Lokatorzy mówią, że chowają się za każdym razem, kiedy słyszą wystrzały albo eksplozję. Na ich blok pociski spadły już kilka razy. Są wściekli, że nie ma żadnego systemu ostrzegania. Na podwórku zbudowali piece. Parzą tam razem herbatę i przygotowują posiłki. Ale zapasy im się skończyły, a pracy nigdzie nie ma. Dziś po raz pierwszy dotarła do nich pomoc humanitarna. Dostali mąkę, makaron, olej słonecznikowy i kapustę – dorośli ludzie cieszą się jak dzieci z powodu świątecznych prezentów.
Batalion pomocy humanitarnej w Doniecku zapewnia wybiórczą pomoc dla potrzebujących. W centrali tej organizacji telefony dzwonią bez przerwy. Kobiety i dziewczyny pracujące tam jako woluntariuszki opowiadają przerażające historie o młodych matkach z osieroconymi dziećmi i bez jakichkolwiek środków do życia. Tygodniami nie widziały chleba. Bezradni niepełnosprawni ludzie przymierają głodem.
Batalion stara się pomóc najbardziej potrzebującym, tym, którzy nie mają dokąd pójść, i tym, którzy sami nie mogą stanąć w kolejce po pomoc z humanitarnych konwojów. Wolontariusze mówią też o oszustach, którzy próbują ich wykiwać i załapać się na darmowe jedzenie, choć mają jeszcze środki, żeby jedzenie kupić. „Widocznie wojna nie jest lekcją dla wszystkich – mówi jasnowłosa Eugienia, dodając: – Ale generalnie ludzie zmieniają się na lepsze. Stają się milsi i więcej jest między nami teraz solidarności”.
PS. Dziś, pomimo tak zwanego wstrzymania ognia, znów słyszeliśmy grzmiące eksplozje od strony rejonu Pietrowskiego w Doniecku. „Jesteśmy już tak zmęczeni wojną, tym ciągłym chowaniem się, że nie biegniemy już nawet do schronów. Będzie, co ma być” – powiedział mi jakiś staruszek, niemalże płacząc. Mała, może dziesięcioletnia dziewczynka w różowej kurtce trzymała się jego ręki, skacząc radośnie na jednej nodze.
Recent Comments