Hoi An, sierpień 2020
“Myśląc o tym wyjściu, nie myślą już o tych, którzy mają wyjść (…). Widać z tego wreszcie, że nikt nie potrafi naprawdę myśleć o kim innym, nawet w najgorszym z nieszczęść. Myśleć bowiem rzeczywiście o kimś to myśleć o nim minuta po minucie, nie zajmując się niczym, ani gospodarstwem, ani przelatującą muchą, ani posiłkami, ani swędzeniem skóry. Ale zawsze są muchy i swędzenie.”
Albert Camus, Dźuma
Była to cywilizacja pozbawiona lęku. Wszystko, co istniało, służyło ludziom. Nic nie miało wagi, prócz ich wygody, zaspokojenia potrzeb oczywistych i najbardziej wyszukanych. (…) Był to świat zamknięty na niebezpieczeństwo. Na grozę, walkę, na wszelki gwałt – nie było w nim miejsca; świat łagodności, form i obyczajów miękkich, przejść nieostrych, sytuacji niedramatycznych…
Stanisław Lem, Powrót z gwiazd
“
Piszę te słowa w trakcie kolejnego, drugiego w Hội An, kompletnego lockdownu. Drugi sierpnia 2020 roku, roku zarazy. Nowe lata dwudzieste. Te sprzed wieku domknęły pierwszą wojnę światową, rozbujały się swingiem i jazzem, a skończyły wielkim kryzysem i pączkującym nazizmem. W tym roku otworzyliśmy następne dziesięciolecie już nie epidemią, ale pandemią. Współczesna dżuma zapiera nam dech w piersiach, choć bardziej niż przebiegiem choroby przeraża nas zasięgiem – kropelkowym i globalnym. Musieliśmy przypomnieć sobie, czym jest wzrost wykładniczy, żeby dobrowolnie zamknąć się we własnych aresztach (so)domowych. Są tacy, którzy uważają, że mamy do czynienia z prawem doboru naturalnego, a zgodnie z jego logiką najsłabsze i najstarsze osobniki nie mają racji bytu – czyżby kilka tysięcy lat rozwoju ludzkiej cywilizacji dało się sprowadzić do logiki przetrwania najsilniejszego? Może ten wirus to rzeczywiście zemsta natury? Homeostatyczny mechanizm obronny ekosystemu, w którym jesteśmy niczym więcej niż pasożytami ? Znikniemy w końcu jak dinozaury, i o ironio, mówię wam, to Dubaj będzie nowym Egiptem !
W Wietnamie kolejna fala. Tym razem znalazłam się w epicentrum. Dziś pierwszymi obrazami, które ujrzałam po otwarciu oczu, były umieszczone na Facebooku zdjęcia wietnamskiej armii. Eskortowała ciężarówki odkażające stare miasto podróżniczej mekki, azjatyckiej Wenecji, zazwyczaj wypełnione po brzegi turystami. Dziś nie było tam nikogo prócz brygady dezynfekcyjnej i tych, którzy to zdarzenie rejestrowali. Szczerze mówiąc, wyglądało to jak dobrze zaaranżowane widowisko. Część żołnierzy w mundurach, część w foliowych kombinezonach. Ci w kombinezonach, niczym obłąkani strażacy walczący z niewidzialnym pożarem, spryskiwali ze szczytu cieżarówek-cystern tajemniczym płynem urokliwe fasady średniowiecznych kamieniczek i domków, w których wciąż mieszkają ludzie. NIe musisz już wychodzić z domu, aby znaleźć się na froncie. Może to tylko kwestia czasu, kiedy jak u Bradbury’ego, strażacy będą tymi, którzy zaczną je podpalać. Jak wysterylizować miejsce odwiedzane przez miliony, które przyjeżdżają tu z całego świata? Jak przywrócić Hoi An jego imię – “miejsce bezpiecznego spotkania”? Ci w mundurach szli w równych odstępach między ciężarówkami. Nie jestem pewna, po co? Może byli tam na wypadek, gdyby ktoś w tych domach zaczął się dusić od zarazobójczych oparów? A może w imię porządku, bo właśnie tak ma on teraz najwidoczniej wyglądać.
Wraz z tą myślą przypomniała mi się jedna z pierwszych scen Parasite Joon-ho Boonga. Nawet jeśli to przypadek, to dość znaczący. Pierwszy raz na amerykański filmowy Olimp wspięło się nie tylko dzieło nieanglojęzyczne, ale co dziwniejsze, azjatyckie, a jednocześnie świat opanował „chiński wirus”. Komedia i horror, dramat społeczny i polityczny, opowieść o walce o przetrwanie w świecie skurczonym do rozmiaru twojego mieszkania w sytuacji niekończącej się codzienności. Panorama od Wschodu do Zachodu, od penthouse’ów po piwnice. Pasożyt i wirus – może najbardziej egalitarne produkty globalnej wioski u progu nowej dekady. I koronny dowód na to, że nie jesteśmy równi, nawet wobec śmierci. Film, podobnie jak sytuacja pandemii, obnaża to, czego z wierzchu, w codziennej gonitwie nie widać. Trzeba wejść „do środka” i trochę w nim zostać. Koreański reżyser przekroił Seul jak wielki tort. Creme de la creme nie unosi się w powietrzu. Potrzebuje znajdujących się pod nim warstw. Wielu warstw, które sięgają tak głęboko, jak tylko da się żyć. Obraz ten powstał w Korei Południowej, w którą zaopatrzona jest cała młodzież Azji, i to nie tylko tej „mniejszej”. W kraju, który wyznacza trendy w rozwoju nowych technologii i który zdaje się wytwarzać całą sferę wyobrażonego, prześcigając w tym w Azji nawet Japonię. Hoduje się tam, dosłownie, całe stada kolejnych boys- i girlsbandów, które tworzą obecnie najbardziej dochodowy globalnie rynek muzyczny K- popu. Ponad połowa populacji Korei Południowej robi sobie operacje plastyczne a rodzice nakłaniają swoje dzieci, aby im się poddały w imię wyższego, komercyjnego dobra.
Parasite to produkt, który podobnie jak K-pop, dociera już nie do milionów, ale miliardów odbiorców, bo co drugi azjatycki nastolatek chce być Koreańczykiem. W Pasożycie rodzina żyjąca w półpiwnicy z półoknem, otoczona sprzętami i meblami w stanie połowicznego rozpadu, próbuje wydostać się z poziomu podziemia (czyt.pół-istnienia). Aby dostać się do ogrodzonych murami i bramami przestrzeni w wyżej położonych partiach miasta każdy z członków rodziny Kim uczy się odgrywać specyficzną i starannie wyreżyserowaną rolę, świadcząc usługi dla innej, znajdującej się wyżej nie tylko na wyobrażonej drabinie społecznej, rodziny. Na pewnym poziomie, w mieście tak gęsto zaludnionym jak Seul, można żyć z widokiem na prywatny park, leżeć na kanapie i gapić się w niebo. Ci na górze po prostu mają więcej, wyglądają lepiej, brzmią i pachną przyjemniej.
Nie tak łatwo ustalić, kto, i według kogo, jest tytułowym „pasożytem”. Kapitalistyczny New Age karmi nas „prawem atrakcji”: zachowuj się tak, jakbyś już to wszystko miał, a samo do ciebie przyjdzie. Moja babcia, która całe życie wiedziała gdzie jest jej miejsce, powtarzała : “ Córka, czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal”. W końcu nie każdy może mieć, czego dusza zapragnie. Niektórzy jednak nie mogą karmić się mrzonkami, z tego prostego względu, że z ich okien, o ile je mają, zamiast nieba widać tylko ściany.
My, którzy zamieszkaliśmy w przytulnych mieszkaniach, i prawie każdy, kogo znamy, ma własne, wyposażone w prawie wszystko, czego potrzeba do życia, pudełko, staramy się przede wszystkim patrzeć przed siebie. Choć twardo stąpamy po ziemi, kiedy myślimy o przyszłości chętniej niż pod nogi spoglądamy w niebo. Poruszanie się naprzód jest ruchem wzwyż.
Jednocześnie większość życia spędzamy wykonując ruchy w płaszczyźnie horyzontalnej. Przemieszczamy się z jednego sześcianu do drugiego: z sypialni do kuchni, ze szkoły do biura, z tramwaju do metra, z kina do supermarketu, od komputera do telewizora. Starzejemy się gdzieś między szafą a mikrofalówką. Na tym mija nam czas – przemieszczaniu się między przegródkami, przekładaniu rzeczy z miejsca na miejsce, wymienianiu się nimi, przetwarzaniu, konsumowaniu, produkowaniu ciągle nowych i wyrzucaniu starych. Czy w tym przeciągu między bunkrem, gdzie zarabiamy, skrzynką, którą spłacamy, i hangarem, w którym nabywamy, zastanawiamy się czasem, gdzie nas to w ogóle prowadzi?
Zastąpiliśmy spotkania z ludźmi świadczeniem sobie usług. Życzliwość – uprzejmością. Obecność – wirtualnością. Żyjemy w klatkach, ale wydaje nam się to naturalne, tak jakby niebo było ścianą, w której nikt nie szuka drzwi. Żyjemy na wyspach, gdzie spotykamy się z innymi ludźmi za pośrednictwem coraz bardziej płaskich ekranów. Zadamawiamy się na swoich półkach i w swoich szufladach, większość dorosłego życia spędzając na pełnieniu przypisanych nam w indeksie tej ludzkiej biblioteki funkcjach i obowiązkach. Jesteś potrzebny, niezastąpiony, zobowiązany, zadłużony, zatrudniony, zamężna, zarobiona, zabiegana, zajęta, zmęczona, on zobligowany, a ty winna.
Jak umeblowane jest Twoje życie? Czyjego wnętrza jesteś wystrojem?
Może dopiero pandemiczna sytuacja kwarantanny, która zamknęła wielu z nas na kilkunastu bądź kilkudziesięciu metrach kwadratowych, pozwoliła nam bliżej przyjrzeć się architekturze wnętrz własnego życia. Temu, na co tak ciężko pracujemy, za czym gonimy, a jednocześnie czym nigdy nie mamy czasu się nacieszyć. Masz czas aby we we własnym życiu się rozgościć? Zamknięci niespodziewanie na swoich kwadratach, dostaliśmy nieograniczoną ilość wolnego, czasu z rodziną, z partnerem lub z samym sobą. Nagle mamy cały dzień na gotowanie, na oglądanie zaległych seriali, na kochanie, na czytanie, na przemyślenia – może nawet nie tyle o kierunku, w którym zmierza nasze życie, ile o tym, gdzie i jakie jest w tej chwili właściwie jest.
Jednocześnie dotarło do nas, że system, który wydawał nam się stabilniejszy niż wszystkie poprzednie, jest równie, jeśli nie bardziej, kruchy i efemeryczny. Wystarczyło kilka miesięcy kwarantanny, aby zaczął chwiać się w posadach, może kilka więcej i rozpadnie się zupełnie? Nagle zorientowaliśmy się, jak wąskie są nasze strefy komfortu, jak zmienne nasze prawa i przywileje, jak względne nasze zabezpieczenia i gwarancje na przyszłość, na które pół życia harujemy i dla których z tak wielu rzeczy w życiu rezygnujemy.
Być może to pierwsze takie doświadczenie dla pokoleń urodzonych po roku 1980, z pewnością pierwsze o takim zasięgu, bo świat, jaki znamy, nagle stanął pod znakiem zapytania. Boimy się ubytku w przybytku, spadku poziomu życia, mimo że dla wielu z nas – w porównaniu z czasami naszego dzieciństwa – podniósł się on do niewyobrażalnych standardów. Boimy się, że stracimy wszystko, na co pracujemy, że ta starannie zaplanowana i zaprojektowana w naszych głowach przyszłość, na którą wzięliśmy prawdopodobnie już kilka kredytów, nagle się rozpadnie.
Niektórzy jednak już dziś nie mogą upaść niżej i dlatego nie mają nic do stracenia. Ich poziom tonie, staje w płomieniach bądź wali się na głowę. Bohaterowie Parasite wspinają się po społecznej meblościance rozmiaru king-size, próbując dostać się do innej, lepszej szuflady. Kiedy fasady przedsiębiorczych scenariuszy zawodzą, muszą zacząć kombinować i udawać kogoś, kim rzekomo nie są. Fałszują dokumenty, uczą się na pamięć nowych społecznych ról. Ta część okazuje się dziwnie, wręcz absurdalnie prosta – odgrywanie innego, lepszego scenariusza życiowego przychodzi im z łatwością. Musi jednak znaleźć się jeszcze ktoś, kto cię do tego lepszego świata przeszmugluje, kto zalegitymizuje w nim twoją obecność. Korea, mały, rozerwany na pół kraj wielkich kontrastów, zdaje się w tym oscarowym filmie probówką, w której kondensuje się obraz świata w XXI wieku. Jak widać osad wytrąca się szybko i dość dramatycznie rozwarstwia. Bo w naszych przytulnych mieszkaniach nie ma miejsca i czasu na myślenie, jak żyje się innym ludziom. Oglądamy czasem migawki odległych żyć na plazmach wyeksponowanych w salonach. Wojny relacjonowane są dziś na żywo w telewizji, ale to, co zostaje nam w głowach, to myśl, że oglądamy coś odległego i obcego. Częściej – i chętniej – obserwujemy bardziej kolorowe, fikcyjne życia, które pozwalają nam przenieść się do świata lepszego niż ten, w którym żyjemy na co dzień. Póki wojna, jak u Żadana, nie wyjdzie z telewizora i nie zapuka do naszych drzwi …
Łódź, 31 grudzień 2021
“Ostatecznie to wszystko są ludzkie sprawy, i wojny i gotowanie barszczu, w kazdym z nich palce mieszają konkretne osoby, bardziej lub mniej zwykli , ale przecież zawsze w końcu ludzie”
Swietłana Aleksiejewicz
Dwa lata pandemii. Osiem lat wojny na Ukrainie. Wczoraj prezydent Biden zadzwonił do prezydenta Putina. Wielotysięczne oddziały rosyjskich jednostek zajmują strategiczne pozycje wzdłuż ukraińskiej granicy. Przez jeden dzień znów mówił o tym cały świat. Julia wróciła na Ukrainę. Ja wróciłam do Polski. Ją wykończyły “wojny” wizowe nowego rządu w Wietnamie szukającego kozła ofiarnego, w związku z pandemiczną sytuacją, która wymkneła się tam zupełnie spod kontroli. Mnie półroczny lockdown, w środku lata, w jednej z najgęściej zaludnionych dzielnic Hanoi, pośród zasieków z drutu kolczastego i niepewności jutra. Na Ukrainie od poczatku konfliktu w Donbasie zginęło czternaście tysięcy ludzi. Media huczą od spekulacji co wydarzy się z poczatkiem Nowego Roku. W moim kraju na granicy z Białorusią leżą martwe ciała. Ludzie zamarzają w lesie, a rząd i wojsko wyłapuje i wyrzuca ich tam broniąc nas przed atakiem hybrydowym. Czytam o tym codziennie, słucham w radiu. Telewizji już nie oglądam. Nie w swoim kraju. Oglądam za to Netflixa, lub inne streamingowe platformy, za które płacą znajomi , w domach których pomieszkuje. Tak. Właśnie po to, żeby nie myśleć. Nie myśleć o tym co się dzieje w moim życiu, w moim kraju, na świecie. W tym roku tryumfy święci kolejny koreański przebój : “Squid Games” . Serial o tysiącach anonimowych dłużników zdesperowanych do tego stopnia, że dla góry pieniędzy są w stanie wziąć udział w najkrwawszej makabrze. W końcu to gra. Ma jasne reguły. Kto przegrywa – umiera. Wygrany bierze wszystko. Zasady są dziecinnie proste. Musisz być zwinniejszy, silniejszy, sprytniejszy, bardziej spostrzegawczy, bądź bezwzględny. Reszta jest dość przypadkowa. Agon i Alea – rywalizacja i los – szachy i ruletka – ta nierozerwalna para typów gier dominujących w wysoko rozwiniętych społeczeństwach. Bawimy się w wojnę? Kto ten spektakl ogląda?
Między innymi, ja.
Pierwszy wywiad z Julią przeprowadziłam na początku kwietnia 2019 roku. W kuchni. Postanowiłyśmy ugotować razem ukraiński barszcz, a raczej coś, co miało go przypominać, gdyż musiałyśmy obyć się bez połowy składników. .Ta kuchnia też nie była do końca kuchnią. W tamtym czasie była już w połowie garażem, zapuszczonym składzikiem przedmiotów wszelkiej maści, które gromadził tam zdziwaczały właściciel. Pan Hien, bo tak miał na imię, używał tylko dwóch garnków, w których gotował jedzenie dla siedmiu psów, które trzymał w tym hotelu przez większość dnia na łańcuchu. Spuszczał je o świcie i wieczorem. Przez resztę dnia służyły mu za system alarmowy, kiedy pojawiał się klient chętny wynająć pokój na godzinę. Nocą nas pilnowały. Dla siebie gotować nie musiał. Kelnerzy z sąsiadującego, starego francuskiego resortu, który prowadziła jego siostra, przynosili mu dania na tacach. Proste dania. Na tacach z dykty. On spożywał je w samotności w pięknej, choć popadającej w ruinę i pustej restauracyjnej sali z widokiem na Morze Południowochińskie. Podczas tego roku, który wspólnie spędziliśmy gapiąc się głównie w morze, czasem przyglądałam się jemu. Przez cały ten czas nie mogłam pozbyć się myśli , że wybrał to miejsce na śmierć. Całkiem niezły wybór, swoją drogą.
O kuchnię jednak nie dbał. A ja bez kuchni nie umiałam żyć. Może to jest ta ostatnia drobina czerwonego człowieka we mnie. Dla nas, jak pisze rosyjska noblistka to była “… jadalnia, salon, gabinet i trybuna” , tam odbywały się “zbiorowe seanse terapeutyczne”, tam wszyscy byli swoi, tam rodziły się idee, fantastyczne projekty, tam odbywały się rozmowy o wszystkim, “o tym, że wszystko jest do d… o sensie życia i o powszechnym szczęściu.”. Wiele lat temu zaczęłam skrobać taki cykl : “ zu-pełnie” – opowieści, trochę jak ten kuchenny składzik pana Hien, różnej treści, każda wydarzająca się przy jakiejś zupie. Tak również zaczęła się rozmowa z Julią. Kilkoro znajomych, którzy czytali ten tekst przed publikacją, napomknęło, że jeśli chcę pisać “poważny” reportaż, to powinnam sobie darować wstawki kuchenne oraz wzmianki o byłych chłopakach, mężach i kochankach. A ja zaczęłam się zastanawiać, czym jest “poważny” reportaż ? Chciałam przede wszystkim opowiedzieć historię dziewczyny, która w splocie dość niespodziewanych wypadków, znalazła się na wojnie. Chciałam zobaczyć wojnę oczami kobiety takiej jak ja, która znalazła się w niezwykłej sytuacji i podjęła kilka kontrowersyjnych wybór i parę odważnych przedsięwzięć. Czy dobrych? Niech każdy z Was osądzi sam.
Kiedy czytam i słucham o tym, co dzieje się trzysta kilometrów od kanapy na której siedzę, to najbardziej szanuje tych, którzy z tej kanapy wstają, bo mogą, jadą na własne oczy zobaczyć i pomagają, jak mogą, tym, którzy tej pomocy najbardziej potrzebują. Tak, jak zrobiła to Julia.
Recent Comments