“Zdrada oznacza opuszczenie szeregu, aby pójść w nieznane.”
Milan Kundera, Nieznośna lekkość bytu
“Jeśli wolność słowa w ogóle coś oznacza, to oznacza prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć.”
George Orwell
Donieck, Kijów, jesień/zima 2015
Zrezygnowała z opcji pisania dla jakiejkolwiek agencji prasowej czy portalu. Zajęła się przede wszystkim organizowaniem pomocy humanitarnej i dostaw leków. Cały czas publikowała jednak wpisy na Facebooku komentujące to, co działo się wtedy na Ukrainie. Miała absolutną wolność w tym, co pisała. Mówiła o tym, co widzi, próbowała zrozumieć, co się wokół niej dzieje. Pisała również o rządach separatystów, i to dość krytycznie. Niektóre z jej postów były wymierzone w to, co działo się na zajętych przez nich terenach i w ich rządy. Pewnego dnia Katia, już po publikacji wywiadu, który z nią przeprowadziła, zadzwoniła do niej i poprosiła, żeby Julia ją odwiedziła, bo chce z nią o czymś porozmawiać. Kiedy się spotkały, Gubariewa powiedziała jej wprost: „Nie jesteś już tutaj bezpieczna”. Kiedy Julia zapytała ją dlaczego, ta odparła, że to z powodu tego, że pisze to, co chce i nikt jej nie kontroluje. Okazało się, że po publikacji ich wywiadu Katia dostała telefon z biura Ministerstwa Obrony Donieckiej Republiki Ludowej, że jeśli kolejny raz się spotkają, to wszelkie materiały, które Julia będzie chciała opublikować, mają najpierw zostać wysłane do zatwierdzenia przez separatystyczny rząd. Jeśli tego nie zrobi, to może się spodziewać, że ją aresztują.
To był moment, w którym w niej zawrzało, ale poczuła też, że coś w niej pęka. Jeśli nawet na osobistym profilu społecznościowym nie mogła publikować tego, co widzi i myśli, to naprawdę znalazła się w orwellowskiej rzeczywistości. Wiedziała jedno – nie zgodzi się na żadną cenzurę ani udział w propagandzie. Nie po to tam pojechała. Jednocześnie wiedziała, że powrót do Kijowa również nie był dla niej bezpieczną opcją. Tam, zwłaszcza po wywiadzie z Katią, była łączona z ruchem separatystycznym. Chociaż wciąż nie rozumiała, czemu ludzie tak szybko i bezkrytycznie ferowali wyroki, wylewając przy tym na nią morze nienawistnych komentarzy, to jednocześnie podejrzewała, że może to dlatego, że pokazywała ludzką twarz separatystów. Historie ludzi, którzy mieszkali w Donbasie, i tego, co z ich życiem zrobiła wojna. To była postawa podważająca promowaną przez nowy rząd ukraiński narrację o odważnych i nieskazitelnych wojownikach o wolność narodu i budowaną w oparciu o nią nowa martyrologię Niebiańskiej Sotni. Może to z tego powodu zaczęła otrzymywać bezpośrednie i nieprzebierające w słowach groźby. Wiedziała jednak, że musi podjąć jakąś decyzję. Postanowiła wrócić do Kijowa.
Przed wyjazdem z Doniecka nagrała krótkie wideo. Anna Mochowa, dziennikarka, którą podejrzewano o szpiegowania dla Striełkowa, z którą współpracowała przy organizowaniu pomocy humanitarnej, pomogła jej przy tej relacji. Przedstawia w niej swój punkt widzenia na to, co wydarzyło się w jej kraju. Na wstępie zaznacza, że jest Ukrainką, a Donbas to dla niej niezmiennie część Ukrainy, wbrew opinii wielu tych, którzy uważają się za jedynych, prawdziwych Ukraińców. Zwraca się do swoich rodaków z apelem, aby przed wydawaniem, często skrajnych, sądów posłuchali tego, co ludzie, którzy mieszkają na terenie Donbasu – czy szerzej: Wschodniej Ukrainy – mają do powiedzenia, aby zainteresowali się tym, jak wygląda życie na tych terenach. W materiale wspomina również o zbrodniach wojennych popełnionych przez obie strony konfliktu. Po opublikowaniu wideo to właśnie owo zdanie ostatecznie przekreśliło jej możliwość pozostania w rejonie Donbasu. Znajomi, których miała wśród separatystów, poinformowali ją, że najlepiej dla niej będzie, jeśli wyjedzie z Doniecka jak najszybciej. Doniecka Republika Ludowa fanatycznie i sztubacko zaprzecza bowiem popełnieniu jakichkolwiek przestępstw. Utrzymuje wersję wydarzeń, wedle której wszystkie występki i zbrodnie zostały dokonane przez ukraińskie siły zbrojne. Ironia całej sytuacji tkwi w tym, że z powodu publikacji tego materiału w tym samym czasie otrzymała również pogróżki od ukraińskich nacjonalistów, gdyż ośmieliła się wspomnieć, że są również zbrodniarze w szeregach ukraińskich sił zbrojnych.
Oryginalny materiał w języku ukraińskim
Po ponad dziewięciu miesiącach wyjechała z Doniecka. Wróciła do Kijowa. Pierwszą rzeczą, którą musiała zrobić po powrocie do domu, było wynajęcie ochroniarzy. To była jedna z najbardziej kosztownych rzeczy, na jakie sobie w życiu pozwoliła. Czasem brakowało jej na jedzenie, ale na ochroniarzy mieć musiała. W pewnym momencie zrozumiała jednak, że posiadanie ochroniarzy jest nie tylko drogie, ale i często bardzo niekomfortowe, choć na noc ją zostawiali. Wcześniej jednak sprawdzali wszystkie pięć pięter budynku, w którym mieszkała, i bardzo dokładnie przeszukiwali całe mieszkanie. Zaopatrzyli ją również w… niezbędne artefakty, na wypadek gdyby musiała bronić się sama.
Opowiadała mi, że kiedy wróciła do domu, miała przemożne uczucie bycia niepotrzebną. Nie wiedziała, co ze sobą począć. Nie mogła znaleźć żadnej pracy. „Nic, do cholery, nie mogłam zrobić – wyznała. – Każdy mój ruch był z miejsca blokowany. Radykalne środowiska nie dawały mi żyć”. Była naprawdę przygnębiona. Tam, w Doniecku, wiedziała, że robi dobrą robotę, że to coś naprawdę potrzebnego, a kiedy wróciła na Ukrainę, nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Nie miała też wsparcia w rodzinie. Ostatni raz z ojcem, zdeklarowanym nacjonalistą, rozmawiała wczesnym latem 2014 roku. Po tym, jak opublikowała artykuł , w którym opisywała, jak została lewaczką, i skrytykowała silnie prawicowe wychowanie i poglądy, z jakimi oswajano ją w dzieciństwie – że nazizm i faszyzm to dwie zupełnie różne rzeczy i że faszyzm wcale nie jest taki zły – ojciec się od niej odciął. „Wiesz, to był tylko post na Facebooku, ale mój ojciec napisał do mnie, że nie jestem już jego córką, że jestem zdrajczynią, i usunął mnie z grona znajomych”.
Wsparcia szukała wśród garstki ludzi, którzy jej pozostali po wszystkich przewrotach, jakie się dokonały, a że nie mogła podjąć żadnej pracy, często ich odwiedzała. Jednym z jej i Antona bliskich przyjaciół jest Wasilij Murawicki – dziennikarz, były członek partii komunistycznej na Ukrainie, który pisał o polityce Poroszenki, ale zajmował się przede wszystkim tematem Amber Mafii (nielegalnego wydobycia i przemytu bursztynu z północno-zachodniej Ukrainy) i to właśnie dzięki temu stał się rozpoznawalny. Pewnego razu postanowili z Antonem odwiedzić go w jego rodzinnym mieście, Żytomierzu, położonym mniej więcej 120 kilometrów od Kijowa. W jednej z rozmów telefonicznych przed przyjazdem żartobliwie poinformowała Wasilija: „Hej, przywieziemy ze sobą towarzysza Pampucha”, na co Wasilij odpowiedział: „Oczywiście, ugoszczę go jak drogiego i oczekiwanego gościa”. Tak więc pojechali. Spędzili tam kilka dni z Pampuchem. Była zima, ale wspomina, że spędzili razem naprawdę dobry czas. Po kilku miesiącach od tej wizyty Wasilij nagle został aresztowany przez SBU i oskarżony o współpracę z Kremlem.
Po aresztowaniu umieszczono go w więzieniu, gdzie czekał na proces. Pewnego dnia Julia dostała wiadomość od jego prawnika z zapytaniem, czy mogłaby mu wysłać zdjęcia i papiery potwierdzające istnienie jej kota. W pierwszym odruchu ją zamurowało, pomyślała: „O co mu w ogóle chodzi? Po co komu papiery dowodzące istnienie mojego kota?”. Okazało się, że w dokumentach rozprawy Wasilija pojawił się agent o pseudonimie „Pampuch”, nijako przełożony Murawickiego z Moskwy. Julia sama do końca nie wie, co było w tych sądowych papierach. Przygotowała i wysłała więc dokumenty i zdjęcia Pampucha, a prawnik Wasilija użył ich na kolejnej rozprawie i zrobiła się się z tego głośna heca (tu i tu) w ukraińskich i rosyjskich mediach pod hasłem „Kot – rosyjskim agentem”.
Parę miesięcy później sąd zdecydował się wypuścić Murawickiego z więzienia i nałożył na niego areszt domowy. Prawdopodobnie cały medialny szum wokół absurdu z Pampuchem był jednym z czynników, które zadziałały na jego korzyść i pozwoliły mu wrócić do domu, do rodziny. SBU aresztowało go w dzień, kiedy odbierał żonę i swojego nowo narodzonego syna ze szpitala i miał przywieźć ich do domu. Przez Pampucha poniekąd więc trafił i wyszedł z więzienia. Świat trochę jak z Bułhakowa.
Ciekawe, jak zareagowałby Pampuch, gdyby zdawał sobie sprawę z tego, jaką osobistością stał się na Ukrainie.

Julia opowiadała mi kiedyś, że sfrustrowany dietą, na jaką go wysłali (mało skuteczną zresztą, bo stracił ledwie 700 gramów), rzucił się i w połowie pożarł jedną z ich książek. O ile dobrze pamiętam, był to dość wysublimowany wybór: Naukowy komunizm. Julia żartowała potem, że może tak naprawdę jest agentem rosyjskich monarchistów. Ale cała ta sprawa z pewnością pomogła wydostać Murawickiego z więzienia, a obecnie kilka międzynarodowych organizacji stara się mu pomóc, gdyż wciąż znajduje się w areszcie domowym.
Julia z Antonem chcieli mu wysłać pieniądze, aby wesprzeć go w tej trudnej sytuacji, zadzwonili w tej sprawie do jego żony, ale ta odmówiła przyjęcia pieniędzy. Prawdopodobnie obawiała się, że jakiekolwiek skojarzenie z nimi może tylko pogorszyć sprawę męża, ale jak się później okazało, zrobiła tak również dlatego, że wszystkie pieniądze, które spłynęły dla Murawickiego od przyjaciół, zostały przejęte przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy.
Dopiero po pewnym czasie wyznała mi, że po powrocie do Kijowa wpadła w głęboką depresję. Nie wiedziała, co ma robić, i ta bezczynność, w kontraście do intensywności czasu, który spędziła w Doniecku, prawdopodobnie doprowadziła ją do załamania. Anton był w tym okresie w Bostonie. Przestała wstawać z łóżka i wychodzić z domu. Przytyła 20 kilogramów. Czuła się kompletnie bezsilna, aż w końcu poprosiła Antona, żeby wrócił. Wraz z jego przyjazdem zaczęli się wspólnie zastanawiać, co sensownego mogliby w całej tej sytuacji zrobić. Wtedy właśnie Julia wpadła na pomysł założenia organizacji pozarządowej, która mogłaby się zajmować rozwiązywaniem konfliktów.
Nie mieli wtedy pieniędzy. Absolutnie żadnych. Na to, żeby zarejestrować tę organizację, pożyczyli fundusze od amerykańskich znajomych Antona. Z czasem udało im się znaleźć ludzi, którzy podobnie jak oni chcieli szukać możliwości pokojowych rozwiązań, zamiast dążyć do zaostrzania konfliktu. Anton miał znajomości w środowiskach lewicowych. Ona, ze względu na swoją humanitarną inicjatywę, znała lekarzy, z którymi współpracowała jeszcze w Donbasie, organizując dostawy leków. Powołali do życia przedsięwzięcie na rzecz pokoju na Ukrainie – Instytut dla Pokoju. Chcieli stworzyć możliwość jakiegokolwiek dialogu, choćby na najbardziej elementarnym poziomie, kiedy idzie o ratowanie ludzkiego życia. Zaangażowali się więc poprzez tę organizację w niesienie pomocy w strefie konfliktu. Zorganizowali kilka konferencji prasowych , ale ich największym osiągnięciem było stworzenie placówki medycznej w jednej z „czarnych dziur” pomiędzy Ukrainą a terenami zajętymi przez separatystów. Kiedy ostatni raz rozmawiałam z Julią, ta placówka wciąż działała, nadal przyjmowała ludzi z obu stron, wciąż ratowała życia.
W tamtym czasie mieli duże problemy z organizowaniem funduszy. Julia nie zarobiła ani hrywny, pracując dla tej organizacji. Właściwie ciągle tylko wydawali pieniądze, ale Anton jest nie tylko dziennikarzem – pracuje również w Ameryce w firmie przeprowadzkowej. To z noszenia przez Antona szaf innych ludzi w Bostonie mieli wtedy pieniądze na życie i finansowanie swej działalności.
Niedługo po tym, jak zaczęli działać jako organizacja pozarządowa, w nowo uformowanym rządzie ukraińskim powstał pomysł stworzenia rady obywatelskiej, która miała być ciałem doradczym Ministerstwa ds. Tymczasowo Okupowanych Terenów i Migrantów (Міністерство з питань тимчасово окупованих територій та внутрішньо переміщених осіб України). Jej zadaniem było doradzanie w kwestii „działań podejmowanych na tymczasowo okupowanych terenach”. Jak podsumowała to Julia, generalnie miało to na celu markować jakiekolwiek działania powstałego w odpowiedzi na potrzeby chwili i rządowej propagandy ministerstwa. Ich organizacja jednak została oficjalnie poproszona o wytypowanie przedstawiciela, który miał się w tej radzie znaleźć. Wybrali Julię. Poszła więc na spotkanie kandydatów, odbyło się wewnętrzne głosowanie, kto właściwie ma w niej zasiadać. Wspomina, że atmosfera i dyskusje były naprawdę gorące i była zaskoczona tym, jak zaciekle wszyscy walczyli, żeby znaleźć się w składzie tego ciała doradczego. Ona sama wycofała się w momencie, w którym zorientowała się, że są tam również osoby ze środowisk neonazistowskich; bała się, co zrobią, jeśli ją rozpoznają. „Jasne, że by mnie tam nie zabili, ale myślę, że byliby w stanie publiczne mnie znieważyć” – wspomina. Na szczęście nie rozpoznali jej tego dnia. Nazajutrz jednak szef nowego ministerstwa, Georgij Tuka, umieścił na swoim Facebooku post na jej temat: „Widziałem listę kandydatów do rady społecznej w sprawie okupowanych terenów Ukrainy i zastanawiam się, dlaczego Julia Małkina nie figuruje na liście Myrotvorets”. „Myrotvorets” [ https://myrotvorets.center/ ] to baza tak zwanych „wrogów Ukrainy”, moderowana przez SBU. Publikowano na niej nie tylko nazwiska, ale i adresy, numery telefonów i inne dane osobiste ludzi, których działania w opinii moderatorów mogły zagrażać bezpieczeństwu narodowemu Ukrainy. Lista zaczynała się od separatystów, a kończyła na Donaldzie Trumpie. Pomiędzy opublikowano między innymi dane 4508 dziennikarzy i pracowników związanych z sektorem mediów z całego świata, którzy raportowali – a w niektórych wypadkach jedynie otrzymali akredytację na te tereny – konflikt w Donbasie z terenów zajętych przez separatystów, co wystarczyło, aby uznać, że współpracowali z terrorystami. Niektóre z tych publikacji zakończyły się zamachami i zabójstwem, jak w przypadku dziennikarza i pisarza Olesa Buzina czy parlamentarzysty Olega Kałasznikowa.
Julia śledziła dyskusję pod postem ministra – trwała około trzech tygodni i nie tylko znajdowały się tam ataki i inwektywy pod jej adresem, ale także literalne groźby, a kilka portali oczerniało zarówno ją, jak i ich organizację. Pojawiło się w tym czasie wiele artykułów z oszczerstwami, które były stekiem bzdur na temat Instytutu. To była masowa nagonka. Ciężko to przeżyła.
To wtedy jej ojciec postanowił się do niej odezwać. Jakoś udało im się powrócić do normalnych kontaktów, chociaż zaczęło się od siedmiogodzinnej kłótni przez Facebooka na temat jakiegoś pełnego przemocy artykułu, który opublikował na swoim profilu. Ostatecznie jednak spotkali się pierwszy raz od po prawie dwóch lat – poszli w cyrku. Naprawdę się o nią martwił w tym czasie, ale ona nie chciała wtedy wyjeżdżać z Ukrainy. W tym czasie podjęła decyzję, że chce pracować w dyplomacji. Nie żeby zostać ambasadorem, ale żeby zajmować się komunikacją dyplomatyczną. Chciała się kształcić i zdobywać doświadczenie, aby zapobiegać właśnie takim sytuacjom, jaka miała miejsce na Ukrainie. Gdy przygotowywała się do egzaminów wstępnych, nowy ukraiński rząd postanowił zamknąć ten wydział. Wtedy właśnie podjęła decyzję o wyjeździe do Azji.
Na pytanie, które zadałam jej ponad dwa lata temu, czy chce wrócić na Ukrainę i jakie uczucia to w niej budzi – odpowiedziała: „Pewnie nie w tym roku, chociaż bardzo bym chciała. Nigdy nie chciałam żyć na emigracji. Nawet gdy byłam dzieckiem. Pamiętam, że moi znajomi marzyli o tym, żeby żyć za granicą, a ja miałam możliwość, żeby zamieszkać w Stanach na stałe, ale nie chciałam tam jechać. Chcę żyć we własnym kraju. Chcę żyć wśród swoich. Chyba naprawdę kocham swój kraj”.
Recent Comments