„Kiedy wybucha wojna, ludzie powiadają: »To nie potrwa długo, to zbyt głupie«. I oczywiście, wojna jest na pewno zbyt głupia, ale to nie przeszkadza jej trwać. Głupota upiera się zawsze, zauważono by to, gdyby człowiek nie myślał o sobie”.
Albert Camus, Dżuma
„(…) to nie wojna jest taka straszna, tylko świat, jaki po niej nastąpi. Świat, w który wpadamy jak w bagno, świat nienawiści i sloganów”.
George Orwell, Brak Tchu
Julia, Donieck, grudzień 2014
Oznaki wojny, Oznaki pokoju
Publikacja w języku angielskim.
Donieck okazał się zaskakująco pięknym miastem. Przez cały dzień chciwie chłonęłam wzrokiem fasady budynków, które wyrosły tu od początku do połowy dwudziestego wieku. To przedziwne, że nigdy wcześniej nie pomyślałam, żeby przyjechać tu w czasie pokoju.
Wczoraj po raz pierwszy w życiu zobaczyłam czołg. Nie stał na cokole i nie był pomnikiem z czasów drugiej wojny światowej. Zamiast tego, zaparkowany w gospodarskim ogródku, zdawał się gapić na mnie zimnym i pustym okiem lufy. Wczoraj, po raz pierwszy zobaczyłam wojnę. Miejsca, przez które przeszła, można rozpoznać po roztrzaskanych oknach i podziurawionych przez kule ścianach.
Miejscowi mówią, że przebycie drogi pomiędzy mieściną Konstatynowka a Donieckiem zajmowało zazwyczaj nie więcej niż 40 min. Nam zajęło trzy godziny. Doświadczony, starszy już kierowca wybrał boczne wiejskie drogi, z dala od głównych tras, więc widok z okien autobusu ograniczony był do ściany lasu, pagórków i płotów. W każdym z punktów kontrolnych ludzie z bronią sprawdzali nasze dokumenty, życząc nam „szerokiej drogi” i „Wesołych Świąt”. Za każdym razem jednak patrzenie na wypowiadających te słowa było trochę straszne i trochę smutne.
Zaskakujące, że dwie z ulicznych blokad, jedna zorganizowana przez ukraińską armię, a druga przez Doniecką Republikę Ludową, były oddalone od siebie mniej niż o dwa kilometry. Obie strzeżone przez chłopców nie starszych niż 18–19 lat – dorosłe dzieci z wielkimi, czerwonymi z zimna i przerażenia uszami.
Okna pozatykane dyktami, biurowce podziurawione odłamkami pocisków, pozostałości barykad – to pierwsze rzeczy, które widzisz, wjeżdżając do Doniecka. Dopiero później dostrzegasz ludzi. W pośpiechu wracają z pracy, niosąc torby z jedzeniem, rozmawiając przez komórki. Znajdują się w nieustannym ruchu, nawzajem zdając sobie relację z tego, co się dzieje, ściskając się serdecznie, paląc papierosy przed wejściami budynków bądź dyskutując w środkach publicznego transportu na temat sylwestrowych planów. Nagle zdajesz sobie sprawę, że mimo wszystko życie toczy się dalej i ludzie chcą je dalej wieść – budować domy, pracować, żenić się, rodzić dzieci. Swoją drogą, salony ślubne pracują pełną parą, oferując spore upusty, bo przecież wszyscy wiedzą, że nikt nie ma pieniędzy.
W mieszkaniach brakuje ogrzewania i ciepłej wody, a ludzie wciąż oszczędzają wodę, mając w pamięci zaciekłe walki, które miały tu miejsce zeszłego lata. Wiedzą też, że wiele zniszczonych w trakcie artyleryjskiego ostrzału domów do tej pory nie zostało odbudowanych. Oszczędzają więc wodę również w poczuciu solidarności z nimi. Jednocześnie już kilka razy słyszałam, jak mieszkańcy z dumą oświadczali, że usługi komunalne działają bez zarzutu, a Donieck jest nawet czystszy, niż był przed wojną.
Prawdę mówiąc, szwendając się po mieście przez cały dzień, zauważyliśmy, że pomimo materialnych zniszczeń, zamkniętych centrów handlowych i wszelkiej maści butików, gołym okiem można dostrzec, że ludzie dbają, żeby zachować miejskie otoczenie w odpowiednim stanie. Podobnie, choć w nieco mniejszym stopniu niż w innych miastach, można odczuć atmosferę zbliżających się świąt. Udekorowana choinka stoi na centralnym placu miasta, a teatr dramatyczny wystawia Dziadka do orzechów.
Mój przyjaciel był tu w odwiedzinach dziewięć miesięcy wcześniej. Mówi, że w tej chwili na ulicach jest o połowę mniej ludzi niż zwykle. Miejscowi twierdzą, że latem miasto było praktycznie puste. W tej chwili wielu z tych, którzy zostali przesiedleni bądź po prostu wypędzeni, zaczyna wracać do swoich domów. Na ulicach praktycznie nie ma samochodów. Jest ich tyle, co w Kijowie w lipcu o czwartej nad ranem, ale transport miejski działa bez zarzutu, jak przed wojną.
Wczoraj, zaraz po przyjeździe na przystanek autobusowy, dziewczyna rozdała nam ulotki z zaproszeniem na uliczny jarmark na placu Lenina, w samym centrum miasta, gdzie w superpromocji – mandarynki z Abchazji za 9.50 hrywny za kilogram. Jako że jestem wielbicielką mandarynek, nie mogłam przegapić takiego wydarzenia. Ogłoszenia o świątecznym jarmarku można było zobaczyć również w lokalnej telewizji, więc podejrzewaliśmy, że zjawi się tam sporo mieszkańców. Tak też się stało – zeszła się co najmniej połowa miasta. Już z oddali słychać było świąteczne melodie śpiewane w ramach tradycyjnego przedstawienia dla dzieciaków, gdzie zawsze można zobaczyć popularne postacie z kreskówek, od Shreka, przez całe zoo z Madagaskaru, aż po Konika Garbuska. Tym razem gwiazdami przedstawienia był Spongebob, mała Masza i Zebra, którzy wspólnie śpiewali:
Spongebob i Zebra: Chcemy hamburgerów i sardeli!
Masza: Ale nie mamy pieniędzy na hamburgery i sardele…
W tym przedstawieniu mała Masza przekonuje przyjaciół, żeby zabrali się do orzeszków, bo te są bardzo zdrowe i można sobie ich do woli nazbierać za darmo w lesie. Nam wydawało się to trochę głupkowate i śmieszne, ale nie dało się nie zauważyć, że dzieciom spektakl podobał się nad wyraz. Podczas gdy one z wielkim zainteresowaniem oglądały przedstawienie, dorośli tłumnie ustawili się w kolejkach po ciasta, słodycze, mleko, ser i mandarynki. My zrezygnowaliśmy, nawet tak atrakcyjna cena jak 9,50 hrywny za kilogram mandarynek nie przekonała mnie, żeby tkwić w kolejce przez półtorej godziny.
Skończyliśmy, pijąc etiopską kawę w pobliskiej kawiarni, należącej do mieszkających tu Etiopczyków. Otworzyli tę knajpkę tuż przed wybuchem konfliktu. Na początku zatrudnili pracowników, ale teraz sami obsługują tych kilkoro klientów, którzy się trafią, żeby zaoszczędzić pieniądze. Przed siódmą wieczorem wszystkie sklepy i większość kawiarni się zamyka, a ulice pustoszeją na długo przed godziną policyjną. (Władze DRL w wyrazie oporu wobec Kijowa zmieniły czas lokalny na moskiewski, uzasadniając to tym, iż 23 lata temu Kijów przesunął czas wstecz o godzinę tylko po to, żeby wyrazić swój bunt wobec Moskwy).
Donieck okazał się zaskakująco pięknym miastem. Całe dnie wpatruję się w te piękne fasady z początku XX wieku, w każdą kolumnę, okno, cegłę. To naprawdę dziwne, że nigdy wcześniej nie pomyślałam, żeby tu przyjechać, zobaczyć to miasto przed wojną. Może dlatego, że nikt nigdy nie powiedział mi o tym, jak jest tu pięknie.
Donieck, lato 2015
Za pierwszym razem została w Doniecku 10 dni. Za drugim prawie 10 miesięcy. Donieck to miasto róż. Kiedy przyjechała tam po raz pierwszy, był środek zimy. Następnym razem doczekała lata i na własne oczy zobaczyła, jak całe miasto pokryło się dywanem róż. Nowe, separatystyczne władze miasta nawet w sytuacji zbrojnego konfliktu bardzo dbały o jego wygląd. Kampania wizerunkowa, ogrodnicza propaganda, jakkolwiek to nazwać, była na tyle istotna, że tego lata zarządzono sadzenie nowych krzaków, a jednocześnie zupełnie ignorowano problem z sygnalizacją świetlną, która w tamtym czasie kompletnie przestała działać. Z drugiej strony niewiele było tam w tym czasie samochodów, a dywany róż choć na chwilę odwróciły uwagę od wojennych zniszczeń. W samym centrum, tam, gdzie mieszkała Julia, większość usług publicznych, w tym szpitale, szkoły, poczty, funkcjonowała w miarę normalnie. Ludzie, którzy sprzątali ulice, wciąż przychodzili do pracy. Upadło jednak sporo firm, pozamykały się fabryki, kopalnie, a ludzie jednocześnie musieli jakoś żyć, więc często bili się o rzeczy z dostaw humanitarnych. Bombardowane były głównie przedmieścia i okolice miasta. Tam sytuacja była o wiele trudniejsza. Sabina i Julia, które poznała w piwnico-schronach, mieszkały tam od miesięcy i od miesięcy nie były w szkole.
Ciekawie było dla niej obserwować, jak zachowują się kobiety podczas wojny. Czasem nie miały pieniędzy na jedzenie, ale na fryzjera zawsze jakoś znalazły. I te paznokcie. Donieck to było prawdopodobnie drugie najbogatsze miasto na Ukrainie, ze względu na przemysł węglowy i metalurgiczny. Cały region był nieźle rozwinięty industrialnie i urbanistycznie, a jednocześnie dość prowincjonalny, jeśli chodzi o trendy i kulturę. Kiedy w Kijowie minęła już moda na żelowe pazury, w Doniecku to był hit sezonu. Kobiety, pomimo niedoli i braku pieniędzy, ubierały się w najdroższe ciuchy, jakie miały w szafie. Wojna wyzwoliła między nimi specyficzną rywalizację – z tej prostej przyczyny, że giną głównie mężczyźni i to dość szybko wytwarza dysproporcję w liczbie kobiet przypadających na jednego faceta, więc naprawdę zaczynają o nich walczyć.
W czasie jednej z naszych rozmów Julia opowiedziała mi o pięknej kobiecie, którą tam poznała. Miała przepiękne, niespotykanie długie blond włosy, które sięgały jej po kolana. Zawsze zaplatała je w warkocz albo wiązała w wysoki koński ogon. Na imię miała Nika, ale przez ten zjawiskowy warkocz wołali na nią „Śnieguliczka” (wnuczka Dziadka Mroza). Julia spotykała ją w lokalnym biurze prasowym. Wydawano tam gazetę i nadawano program telewizyjny. Julia chodziła tam czasem dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja. Nie pracowała z tymi ludźmi, ale lubiła tam wpaść, pogadać. Śnieguliczka mieszkała w jednej z najciężej bombardowanych dzielnic, w której rzadko kiedy był prąd. Mieli gaz, ale o ciepłej wodzie można było zapomnieć. Codziennie wstawała więc nad ranem i nastawiała gar wody, żeby umyć te piękne włosy. Do tego wszystkie te kobiety nosiły wystrzałowe szpilki, przy których te Julii, przynajmniej jej zdaniem, wyglądały jak buty starszej pani.
Kiedy przyjechała do Doniecka w styczniu, nawet jeszcze wczesną wiosną, nie było problemu z zaopatrzeniem. Na rynku na przykład można było znaleźć dowolny ser i masło. Można też było dostać naprawdę niezłe wino dużo taniej niż w Kijowie, bo w tamtym momencie, po zmianie kursu hrywny do dolara, w stolicy ceny poszybowały w górę. W Doniecku pozostały zaś stare. Dopiero kiedy rząd ukraiński zarządził embargo, zaczęły się ciężkie czasy. Julia pamięta dzień, kiedy ogłoszono blokadę ekonomiczną Donbasu. W Doniecku przez jedną noc ceny skoczyły co najmniej o połowę. Następnego dnia poszła do warzywniaka i wszystko kosztowało, dwa, a nawet trzy razy tyle, co dzień wcześniej.
To był ciężki okres. Nie mogła też dostać swoich papierosów – kentów. Kilka osób, z tych, które śledziły jej posty na Facebooku, zdołało jej przesłać kilka wagonów, dając je jakimś ludziom, którzy przedostawali się do Doniecka na różne, czasem bardzo dziwne sposoby. Inna znajoma, sporo od niej starsza, fanatyczna kociara, podobnie jak Julia, zaczęła jej wtedy wysyłać jedzenie dla Pampucha, bo nie sposób było go zdobyć w Doniecku. Po około półtora, może dwóch miesiącach zaczęto dostarczać artykuły z Rosji. W tym czasie na rynku pojawiło się pełno podrabianych fajek i alkoholu, produkowanych chałupniczo w Donbasie. Można było kupić nawet miejscowe marki. Pamięta taką jedną – z portretem Stalina na paczce. Kiedy zapytałam ją, jak zmieniło się miasto przez te 10 miesięcy, gdy tam była, czy widziała, jak z powodu wojny popada ono w ruinę, uśmiechnęła się i patrząc gdzieś daleko, odpowiedziała: „Nie, wręcz przeciwnie. Kiedy tam byłam, to było miejsce, które na chwilę znalazło się w centrum uwagi całego świata. Życie tam tętniło. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, czułam się w Doniecku szczęśliwa. Wiem, że wokół mnie było dużo cierpienia i smutku. Widziałam straszne rzeczy, a jednocześnie byłam szczęśliwa. Może to kwestia adrenaliny, a może to dlatego, że miałam poczucie, że robię coś ważnego i że naprawdę pomagam ludziom, że mam jakąś misję. Wiem, że to brzmi strasznie samolubnie, ale tak to teraz widzę, choć nie zdawałam sobie z tego na początku sprawy”.
Hoi An 2019/2020
Świat jednak dość szybko znudził się i tą wojną. Od tamtej pory Ukraina pojawiła się w światowych nagłówkach jeszcze kilka razy. Głównie w związku z aferą dotyczącą uwikłania syna ówczesnego wiceprezydenta i nowego przywódcy USA – Joe Bidena – w relacje biznesowe z ukraińskim oligarchą podejrzanym o malwersację 23 milionów dolarów; wieści o tej sprawie obiegły światowe nagłówki w 2015 roku, zaraz po wizycie Bidena na Ukrainie, podczas której wzywał on rząd w Kijowie do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków w walce z szalejącą w tym kraju korupcją. Sprawa powróciła w 2019 roku, kiedy do mediów wyciekła rozmowa Donalda Trumpa z nowo wybranym prezydentem Ukrainy – Wołodomyrem Zełenskim (który niczym w Truman Show odgrywał wcześniej tę rolę na ekranach publicznej ukraińskiej telewizji w serialu komediowym o nauczycielu, który został prezydentem). Kończący pierwszą kadencję Trump, przystępując do kolejnej kampanii wyborczej i konkurując z Joe Bidenem właśnie, namawiał ukraińskiego prezydenta do ponownego „prześwietlenia” sprawy syna rywala, sugerując, że od tego zależy, czy Ameryka wesprze Ukrainę pakietem 400 miliardów dolarów militarnej pomocy.
Nikt w mediach natomiast nie wspomina już o tym, że na froncie Wschodniej Ukrainy wciąż toczą się kompletnie bezsensowne walki, w których każdego tygodnia ginie przynajmniej kilkoro młodych chłopaków, wysyłanych tam tylko, aby zdobyli militarne przeszkolenie. Dziennikarze nie mówią o batalionie Azow, o egzekucjach rosyjskich watażków, o tym, że ludziom w izolowanych republikach coraz trudniej się żyje, choć z pewnością są tacy, którzy na tym konflikcie zyskują i zrobią wszystko, aby go podtrzymać.
Kiedy Christopher Miller, korespondent radia Wolna Europa, który obserwuje i zdaje raporty z obecnej sytuacji z większości krajów bloku postosowieckiego, pojechał na front w 2019 roku, spotkał się z ogromnym zaskoczeniem ukraińskich żołnierzy, którzy pytali go, co właściwie tam robi. Na jego odpowiedź, że chce napisać reportaż o obecnej sytuacji na froncie dla europejskiej agencji prasowej, zareagowali całkiem uzasadnionym niedowierzaniem, że ktokolwiek na świecie zdaje sobie sprawę z tego, że w ich kraju wciąż toczy się wojna, skoro nawet na Ukrainie niewielu jest już ludzi, którzy się tym konfliktem wciąż interesują. Badania przeprowadzone w 2019 roku, w których przeanalizowano ramówkę sześciu ukraińskich stacji telewizyjnych, wykazały, że jedynie dwa procent wiadomości i publicystyki dotyczyły trwającego nieprzerwanie od 2014 roku konfliktu, choć – jak wynika z przeprowadzonych sondaży – obywatele Ukrainy chcieliby wiedzieć więcej na temat tego, co się tam dzieje. Jednocześnie rządowe finansowe wsparcie produkcji filmowych i telewizyjnych od 2015 roku regularnie wzrasta, osiągając wysokość jednego biliona hrywien (36 milionów dolarów) w 2018 i 2019 roku. Za państwowe pieniądze trzeba jednak zgodzić się na określone warunki, odhaczyć wystarczającą liczbę punktów z listy „patriotycznych” elementów zawartych w fabule. Filip Ilijenko, szef państwowej Agencji Filmowej, znany pod pseudonimem DerzhKino (ukraińskie держ oznacza państwo), były członek nacjonalistycznej partii Swoboda, w której jego brat wciąż bardzo aktywnie działa, stworzył listę kryteriów, zgodnie z którymi przyznaje się rządowe dofinansowanie. Jednym z nich jest język używany w produkcji filmowej – aby otrzymać rządowe dofinansowanie, 90 procent dialogów ma się odbywać w języku ukraińskim, ewentualnie języku Tatarów Krymskich. Jak podsumowuje sam Ilijenko: „Przemysł filmowy może być bardziej skuteczny niż karabiny, bo walczy o ludzkie umysły” . Z tego powodu niektórzy krytycy porównują kryteria DerzhKino do cenzury panującej w innych autorytarnych systemach, łącznie z tym, z którymi Ukraina znajduje się w stanie wojny. Wyrażają oni obawę, że obecne przychylne i hojne nastawienie rządu wobec kinematografii jest jedynie chwilowe, a jego pobudki związane są z próbą stworzenia martyrologii związanej z konfliktem na wschodniej Ukrainie i przekonania społeczeństwa, że wszystkie ponoszone na tym froncie ofiary, ludzkie i ekonomiczne, mają sens.
Nie zawsze, a przynajmniej nie w całości są to filmy nastawione propagandowo. Scena otwierająca Cyborgi, jeden z najdroższych wyprodukowanych na Ukrainie w ostatnich latach blockbusterów, który opowiada historię garstki ukraińskich żołnierzy, którzy brawurowo utrzymywali przez kilka miesięcy mające strategiczne znaczenie donieckie lotnisko, zyskując już wtedy miano narodowych bohaterów i tytułowych „cyborgów”, odsłania, że niejednokrotnie motywacje i wartości, dla których poświęcają własne życie żołnierze walczących po obu stronach, są identyczne, a to, po której stronie linii frontu się znaleźli, często przypadkowe. Kiedy po ostrej strzelaninie ukraiński żołnierz wyżywa się na schwytanym podczas walki ciężko rannym separatyście, wyzywając go od zdrajców, którzy mordują rodaków, przerywa mu dowódca, pytając donieckiego bojownika, za co on właściwie walczy. Ranny i storturowany chłopak odpowiada: „Za wolność i niepodległość”, na co dowódca odpowiada: „No widzisz, my walczymy o to samo”. Walczą tak już od sześciu lat, odnosząc obecnie jedynie pyrrusowe zwycięstwa, przesuwając linię frontu o kilometr w jedną lub drugą stronę, szkoląc młodzieżówki i fanatyków po obu stronach, za co życiem płacą ci młodzi ludzie wysyłani na front, na którym wojna – niczym słoń przestępujący z nogi na nogę – miażdży ich, choć nikt nie posuwa się naprzód.
Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o obecnej sytuacji na froncie Wschodniej Ukrainy, polecam relację Christophera Millera na stronie https://www.rferl.org/ oraz wywiad z nim w podcaście Popular Front https://youtu.be/VoypUe8mqBQ bądź jego autorskie audycje dla Radia Wolna Europa https://www.kcrw.com/people/christopher-miller-1 – dostępne w języku angielskim.
Miller mieszkał w Doniecku przez dwa lata przed wybuchem konfliktu i również wspomina go jako piękne i tętniące życiem miasto. W tym czasie, specjalnie na odbywające się w 2012 roku mistrzostwa Europy, wybudowano i otwarto Donbas Arenę – ogromny stadion, na którym odbywało się wiele wydarzeń sportowych i na który ściągała publiczność z całego regionu. Donieck przeżywał wtedy okres rozkwitu, ulice często były zakorkowane, ciągle otwierały się nowe, stylowe restauracje, co weekend odbywały się koncerty, nie tylko rosyjskich, ale i europejskich gwiazd, rozwinęła się nawet podziemna scena gejowska. Miasto było pełne ludzi, w kawiarniach, parkach, na ulicach. Nawet jeśli wszystko to zostało wybudowane na zdefraudowanych pieniądzach pod rządami Janukowycza, który pochodził z tamtego rejonu i zdecydowanie go faworyzował, robiło to wrażenie. W czasie jego rządów Donieck, i generalnie Donbas, zaistniał nie tylko w skali regionalnej, ale i krajowej.
I właśnie wtedy wybuchła wojna. Jak relacjonuje Chris, nagle wszystko legło w gruzach. Ulice opustoszały, zniknęli i ludzie, i samochody. Jedyne pojazdy, jakie można tam zobaczyć od 2014 roku, to kolumny wojskowych ciężarówek i sprzętu. Donbas Arena została obrócona w jedną wielką ruinę, pełną spalonych czołgów, zniszczonych metalowych konstrukcji i wraków samolotów. Pozamykały się firmy, fabryki, sklepy, kopalnie. Obecnie nie ma praktycznie żadnych opcji dla młodych ludzi, aby rozpocząć tam dorosłe życie. Jeśli chcą studiować, muszą przedostać się albo na Ukrainę, albo do Rosji , a jedyną alternatywą jest przystąpienie do sił zbrojnych DRL – za jakieś grosze, a przy tym realnie narażając życie. W obecnej sytuacji ograniczeń w przemieszczaniu się, które zostały nałożone w związku z pandemią koronawirusa, mieszkańcy tamtejszych terenów w zasadzie nie mogą wydostać się z DRL.
Tak naprawdę tylko bardzo nieliczni ludzie wiedzą, co w rzeczywistości dzieje się w Donieckiej Republice Ludowej. Z końcem 2015 roku zakazano wjazdu dziennikarzy do separatystycznych republik, więc trudno jest uzyskać jakiekolwiek wiarygodne informacje. Miller, jak wielu innych akredytowanych dziennikarzy, w 2014 i w 2015 roku mieszkał w hotelu Ramada i jak wspomina, było to jedno z najbardziej dziwacznych miejsc, w jakich kiedykolwiek przebywał. Oprócz zagranicznych korespondentów rezydował tam lokalny personel, który wkładał wiele wysiłku w to, aby zachowywać się profesjonalnie, być uśmiechniętym i usłużnym; ci ludzie wiedzieli, że jeśli stracą pracę, zostaną z niczym, ale przecież kiedy serwowali hotelowym gościom wysublimowane posiłki i zmieniali codziennie pościel w pokojach, za oknem toczyła się wojna.
Przychodzili tam też watażkowie separatystycznych sił, żeby z kałasznikowem na kolanach wypić w hotelowym lobby espresso bądź zjeść talerz wytwornego spaghetti. Pomiędzy daniem głównym a deserem lubili ostentacyjnie wyczyścić lufę karabinu, przebiegając jednocześnie wzrokiem po siedzących zazwyczaj przy barze kilku długonogich blondynkach, a potem najczęściej znikając z jedną z nich na godzinę w hotelowym pokoju. Kiedy wracali, zdarzało im się podchodzić do dziennikarzy siedzących w restauracji i prosić o zapalniczkę, żeby pod tym pretekstem opowiedzieć ze szczegółami, jak minął im dzień na froncie. To byli goście tacy jak Givi czy Motorola, którym ta wojna odmieniła kompletnie życie. Nagle dostali swoje pięć minut sławy i to oni rządzili w mieście, chodząc po ulicach z karabinem maszynowym przewieszonym przez ramię. Wcześniej lokalnymi bohaterami byli górnicy, lecz w momencie wybuchu konfliktu ich miejsce zajęli lokalni watażkowie. Wspomniani Givi i Motorola osiągnęli kultowy status; stał za nimi legion wiernych wojowników-wyznawców, którzy nie cofali się przed niczym, oraz całkiem pokaźny arsenał. Motorola wziął w DRL ślub i zamiast w limuzynie przeparadował przez całe miasto w kolumnie wojskowych pojazdów. Pojawiał się na hotelowych basenach – w kąpielówkach i z przewieszonym przez tors kałasznikowem. Kto ogniem wojuje, od ognia ginie. Miller podejrzewa, że Kreml zlikwidował ich obu właśnie ze względu na fanatyzm i fakt, że zgromadzili wokół siebie pokaźną grupę ekstremistów. „Rosja chciała po sobie posprzątać, żeby nie zostawić śladów” – mówi stacjonujący obecnie w Kijowie korespondent.
Miller, ostatni raz był w Doniecku pod koniec 2015 roku i od tamtej pory separatystyczne władze konsekwentnie odmawiają mu prawa wjazdu, podobnie jak większości jego kolegów po fachu. Ma jeszcze kontakt z kilkorgiem informatorów, którzy przekazują mu czasem raporty z „wyzwolonego” miasta, choć nie może publikować tych relacji w pełni, aby nie narażać tych ludzi na niebezpieczeństwo. Z informacji, które do niego docierają, także z rosyjskich i separatystycznych mediów, wynika, że panuje tam spory chaos, zwłaszcza jeśli chodzi o polityczne przywództwo. W Ługańsku doszło do zamachu stanu, który odsunął od władzy oryginalnego lidera Igora Płatnickiego. Aleksander Zacharczenko wciąż stoi na czele DRL, ale funkcjonuje raczej jako figurant, a Rosja stara się, by rzadko pojawiał się publicznie i występował w roli rzecznika separatystycznej republiki.
Ci, którym udaje się wydostać z DRL, wyjeżdżają stamtąd najczęściej po to, żeby uzyskać emeryturę bądź dostęp do leczenia szpitalnego, więc wciąż istnieje jakiś przepływ ludności, a wraz z nim informacji. Ludzie ci opowiadają lekarzom, przyjaciołom, czasem dziennikarzom o tym, jak wygląda życie w nowo powstałych ludowych republikach. Hrywna niemal zniknęła z obiegu i w większości transakcje i obrót handlowy odbywa się za pomocą rosyjskiego rubla. Żywność znacznie zdrożała, a jednocześnie jest niewielki wybór artykułów i większość z nich pochodzi z Rosji. Wciąż obowiązuje godzina policyjna i nawet jeśli zaczyna się ona o dziesiątej czy jedenastej wieczorem, ulice pustoszeją około szóstej po południu z tego prostego względu, że ludzie boją się wychodzić po zmroku. Wiele jest przypadków kilkudniowych bądź dłuższych zniknięć, często związanych z aresztowaniami przeprowadzanymi przez lokalną policję, która podobno skrupulatnie sprawdza i przesłuchuje pod kątem szpiegowania na rzecz ukraińskich wojsk czy rządu osoby poruszające się po mieście wieczorem. Ogromnym problemem jest również bezrobocie. Tylko nieliczne sklepy pozostały otwarte, podobnie jak kilka kopalni i fabryk, ale większość mieszkańców nie ma stałego zatrudnienia. Wyłania się z tego dość smutny obrazek komunistycznego raju, o którym w internecie krążą legendy.
Recent Comments