SEARCH

Donieck, wiosna, lato 2015

Mieszkali w samym centrum Doniecka. Głównie dlatego, że to była najbardziej bezpieczna opcja. W sąsiedztwie ulokowane były lokale praktycznie wszystkich organizacji humanitarnych, które były tam obecne w tamtym czasie. Julia wspomina, jak codziennie rano budziły ją krzyki ludzi, którzy awanturowali się o dostarczoną przez nich żywność i produkty higieniczne. Było tam w tym czasie sporo wolontariuszy z Ukrainy, którzy próbowali pomóc ludności cywilnej, ale cała sytuacja była dość mętna i niejasna. Separatyści stworzyli kuriozalne procedury i bardzo trudno było z nimi współpracować. Jednocześnie krążyły plotki o białych ciężarówkach z Rosji, jako przykrywce dla transportu broni dla separatystów. Opowiadała mi raz jak szwendała po mieście dość późno w nocy, już po godzinie policyjnej, i zobaczyła jedną z tych ciężarówek zaparkowaną przy rynku. Cała przyczepa załadowana była po brzegi pudłami z artykułami spożywczymi, a ludzie rozładowywali je i nosili na stragany, żeby następnego dnia sprzedać je jako towar na targu. To była tylko jedna z nich. Po pewnym czasie zorientowała się, że po obu stronach cały proces dostarczania pomocy był mocno skorumpowany. 

To był to moment, w którym miała poczucie, że jej pisanie nic nie zmienia. Zdawało jej się, że jedynym odzewem na jej raporty są nienawistne komentarze, o tym jak zdradza własną ojczyznę i pogróżki o tym jaki los czeka zdrajców. Bardziej niż o tym czyja była ta wojna, pisała o tych, których ona dotknęła. Nie były to wiadomości o pozycjach wojsk i stanie walk, ani bezimienne liczby ofiar i rannych, czy też dywagacje na temat jaki będzie następny ruch zaangażowanych w ten konflikt graczy. To były pojedyncze historie ludzi i raporty z oblężonego miasta. Nie zapomnę jak zadzwoniłam do niej podczas pierwszej kwarantanny w Wietnamie, kiedy COVID-19 był jeszcze dla całego zachodniego świata „azjatyckim wirusem”, ponad rok po tym jak nagrałyśmy ten wywiad. Chciałam podzielić się wiadomością, że dostałam stypendium i że właśnie jej historię wybrałam jako pierwszą do publikacji. Szczerze się ucieszyła i gratulowała mi, a jednocześnie wypowiedziała to zdanie na zakończenie naszej rozmowy: „Wiesz cieszę się, że ja nie jestem już dziennikarką. Wprowadzam mniej zamętu w świecie”. Utkwiło mi ono w pamięci i często wracało w trakcie pracy nad opowiedzeniem jej historii. Julia kilkukrotnie w trakcie naszym rozmów wspominała, że dużą winą za rozpętanie i zaostrzenie konfliktu zbrojnego na Ukrainie obarcza dziennikarzy, którzy w wielu wypadkach nie pofatygowali się nawet, aby do Donbasu przyjechać i na własne oczy zobaczyć co się tam dzieje. Zamiast raportować, formowali opiniotwórcze sądy, które odbijały się szerokim echem na całym świecie i stanowiły legitymizację dla wielu działań, które w innym wypadku mogłyby zostać rozwiązane dyplomatycznie w pokojowy sposób. Może właśnie obserwując równocześnie jak ta wojna wydarzała się na ekranach i stronach, tych papierowych i tych wirtualnych, jak stawała się spektaklem, jak media wykorzystywane były do podżegania do konfliktu, jak telewizyjne relacje stały się areną do przerzucanie się kolejnymi oskarżeniami a jednocześnie będąc na drugim końcu, w miejscu, gdzie ta wojna się wydarzała, przyglądając się codzienności ludzi, którym ta wojna odebrała wszystko na co pracowali całe życie, często harując w kopalniach, bo Donbas to górnicze zagłębie Ukrainy, może właśnie wtedy zrozumiała, że może zrobić coś więcej, realnie pomóc tym, dla których nie ma miejsca w krótkich spotach i rubrykach, którzy nie mieszczą się na scenie batalistycznej inscenizacji transmitowanej na żywo wojny, są zbyt mali, zbyt zwyczajni i jest ich zbyt wielu.

Kiedy zdała sobie sprawę z tego jak skorumpowany i nieudolnie zorganizowany jest system dostarczania pomocy w okręgu donieckim, znała już kilkoro ludzi, którzy tworzyli separatystyczny rząd, dzięki kontaktom Antona. Pewnego dnia postanowiła więc ich z tym problemem skonfrontować. Umówiła się na spotkanie z przedstawicielami władz Donieckiej Republiki Ludowej. Poszła tam i przedstawiła się po ukraińsku i pomimo tego, iż oni odpowiedzieli jej po rosyjsku, ona dalej kontynuowała, tak jak zaczęła. Jak już wspominałam nastroje na Ukrainie były wtedy takie, że język, którego używałeś, był ważniejszy niż jakikolwiek dowód tożsamości. Ci, którzy mówili po rosyjsku, zostali wrogami narodu. Ci którzy w Donbasie posługiwali się ukraińskim, byli najczęściej wysłanymi tam do pacyfikacji konfliktu żołnierzami. Język w historii niepodległej Ukrainy, to piłka, która nieustannie znajduje się w politycznej grze i właśnie w nim została wyznaczona symboliczna linia frontu, linia demarkacyjna, za którą nagle kończyła się Ukraina. Julia nie zgadzała się z nowymi zasadami gry, w jej opinii dalej znajdowała na Ukrainie, i to jej obywatele zostali w wielu wypadkach bez dachu nad głową i bez pieniędzy na to, żeby kupić mąkę czy pieluchy. Największym problemem jednak w tym czasie był brak lekarstw i to separatystyczne władze utrudniały proces ich dostawy. Zapytała ich wprost: “Czemu to robicie?. Są na Ukrainie lekarze, organizacje, które są gotowe wysłać potrzebne leki, czemu nie pozwalacie, żeby te dostawy mogły tu dotrzeć? Czemu robicie z tego problem?”. 

Problem tkwił w tym, że na terenach walk było zbyt niestabilnie, nikt nie był w stanie zagwarantować konwojom humanitarnym bezpieczeństwa. Nowe autonomiczne władze lokalne nie miały też środków, żeby te konwoje przejmować i organizować dostawy. Może była to również kwestia dość dziwnie pojmowanej dumy. Może tego, że nikt ich wcześniej o to nie zapytał. Nie usiadł z nimi do stołu. Ona przyszła. Zaproponowała pomoc. I pomimo tego, że mówili w innych językach, dogadali się. Powiedzieli jej: „Ok, jeśli masz jak, to zorganizuj to, ale nie licz na to, że damy ci pieniądze. Nie jesteśmy w stanie Ci dać ani pieniędzy, ani kierowcy, ani nawet benzyny, sama musisz to ogarnąć. Możemy Ci natomiast dać papiery, żebyś była w stanie wjechać na kontrolowane przez nas rejony”. Zgodziła się, choć jak przyznaje nie miała wtedy pojęcia jak to zorganizuje. 

Zaprzyjaźniła się w tym czasie z inną dziennikarką, która po przyjeździe do Doniecka prowadząc auto wjechała na sporne tereny, które podówczas były pod kontrolą ukraińskiej armii. Aresztowali ją i trzymali w areszcie przez prawie miesiąc. Anna Mochowa jest Rosjanką, która mieszkała i pracowała w Kijowie przez wiele lat. Ukraińskie służby aresztowały ją pod zarzutem szpiegostwa i zdrady. Nie były to jednak zwyczajne oskarżenia, powiedziala Julii, ze podejrzewano ją o bycie prawą ręką Striełkowa, rosyjskiego emerytowanego pułkownika związanego z rosyjskim wywiadem, który odegrał kluczową rolę w wybuchu konfliktu zbrojnego we Wschodniej Ukrainie. O postaci Striełkowa i jego roli w przebiegu wypadków opowiem trochę później. Mochową wypuszczono w ramach wymiany więźniów. Mowiac, że przeżyła w tym areszcie koszmar. Zaczęły razem działać i to Ania znalazła starego trzydziestoletniego grata i tego staruszka – kierowcę…

„Mówiliśmy na niego Maksymowicz, czy jakoś tak. Tak naprawdę chyba nigdy nie znałam jego imienia, bo na Ukrainie, był taki nawyk, że w poprzednich pokoleniach wołało się ludzi nie tyle po imieniu, co po nazwisku ojca”.

Na początku same musiały kombinować pieniądze, aby organizować te dostawy, ale potem znaleźli się ludzie, którzy zasponsorowali benzynę, Ukraińcy, którzy po prostu wysyłali im pieniądze. Na lepszy samochód jednak nie starczyło, musieli więc polegać na tym gracie. Często zdarzało się, że kiedy jechali gdzieś na obrzeża Doniecka, do okolicznych wiosek, on się nagle rozkraczał w szczerym polu, zaryty w roztopionym śniegu i błocie. Julia, jak to ona, zabrała ze sobą tylko wyjściowe ciuchy, czego potem mocno żałowała. Na wspomnienie o tym śmieje się z samej siebie. Musiała wyglądać doprawdy komicznie w tych wystrzałowych kieckach pośrodku niczego, utaplana w błocie wypychając tego grata z podziurawionych, bądź praktycznie nieistniejących, dróg. Nieraz zdarzyło się, że w takim momencie zaczynał się ostrzał, albo bombardowanie, a oni byli w jego zasięgu…. Pamięta jeden z tych dni. To była miejscowość o nazwie Gorłówka (Горлівка). Wtedy akurat była pod kontrolą separatystów, ale to było jedno z tych miejsc, w których wojna nigdy się nie kończyła. Bez przerwy toczyły się tam walki. No i właśnie tam zakopali się w roztopionym pośniegowym błocie i jednocześnie dostali w krzyżowy ogień. Mówi, że nie bała się wtedy, choć właściwie sama nie wie czemu. 

Właściwie przerażona, jak twierdzi, była tylko parę razy w trakcie swojego pobytu w Doniecku. Pierwszy raz, to było niedługo po jej przyjeździe, stała w ogromnej przeszklonej przestrzeni na dwudziestym piętrze wieżowca z panoramą na całe miasto, która pełniła funkcję palarni tego biurowca. Stała tam i obserwowała jak bombardują Donieck. Jak w kolejnych jego punktach wybuchają pożary. Nie bała się wtedy jednak o własne życie. Ani nawet, jak mówi, o życie Antona. Pamięta, że w pierwszym odruchu pomyślała o Pampuchu. Nagle zdała sobie sprawę, że zostawili go samego w domu, a absolutnie nikt o tym nie wiedział i jeśli im coś się stanie, to on tam sam zdechnie z głodu. Pierwszą rzeczą, którą zrobiła po tym bombardowaniu, było znalezienie ludzi, którzy mogliby się nim zająć na wypadek, gdyby jej i Antonowi coś się stało. Kiedy zapytałam ją czy myśli, że to kwestia skoku adrenaliny powodowała, że nie odczuwała strachu, nie potrafiła odpowiedzieć. Z jakiegoś powodu w tamtym momencie nie bała się o własne życie. Bardziej przerażała ją śmierć innych ludzi.

O swoje życie bała się w trakcie pobytu w Donbasie tak naprawdę dwa razy. Pierwszy raz to była ta sytuacja z psami. Myślała, że ją wtedy rozszarpią. To było późną zimą. Może wczesną wiosną. Było dość zimno. Drugi raz, kiedy myślała, że już po niej, to był sierpień, albo lipiec. Był bardzo ciepły letni wieczór. Szła sobie główną ulicą Doniecka z muzyką na uszach. Była w świetnym humorze, gapiła się na zachodzące słońce i nagle, kątem oka, zobaczyła łuski od nabojów spadające na ziemię w bardzo bliskiej odległości. Widziała je, choć ich nie słyszała. Dopiero kiedy wyciągnęła z uszu słuchawki usłyszała strzały, a następnie zobaczyła tych, którzy strzelali. Stali zaraz przy budynku Opery w Doniecku. To były sekundy. Opowiadanie o tym trwa dłużej. Wszystko działo się jakby w przyśpieszonym tempie. Nie myślała za dużo. Odruchowo rzuciła się na ziemię i zaczęła czołgać w stronę najbliższego podwórka. Czołgała się tak do momentu, kiedy uznała, że jest na tyle bezpiecznie, że może wstać. Podniosła się i nie zatrzymując się nawet na chwilę pobiegła do domu. Kiedy tam dotarła, nie czuła nic. Jakby zupełnie nic się nie wydarzyło. Antona już wtedy w Doniecku nie było. Był w Bostonie. Siedziała w domu sama z Pampuchem. Nic więcej z tego momentu nie pamięta. Dopiero po kilku godzinach, było już późno w nocy, dostała nagłego ataku ostrego bólu w okolicy brzucha i zorientowała się, że to prawdopodobnie z powodu silnego stresu. Myślała, że to przejdzie, że się uspokoi i w końcu zaśnie. W pewnym momencie ból był jednak tak dotkliwy, że zaczęła dzwonić na pogotowie. Kiedy się wreszcie dodzwoniła kobieta, która odebrała telefon zapytała ją, pamięta to dobrze, czy ma ręce, nogi i wszystkie części ciała na swoim miejscu? Odpowiedziała jej, że i owszem, wszystko jest na swoim miejscu. Na co tamta odparła, że w takim razie nie są w stanie jej pomóc w tej chwili, bo ludzie tam umierają.

Odłożyła słuchawkę. Po chwili zastanowienia podniosła telefon z powrotem i zaczęła dzwonić po taksówkę. Była jednak godzina policyjna a w mieście pełno patroli ze względu na to, co się wydarzyło, więc kolejne taksówki odmawiały. W pewnym momencie ból stał się tak silny i obezwładniający, że myślała, że to już koniec i właśnie wtedy udało się jej wreszcie znaleźć kierowcę, który przyjechał. Dosłownie wczołgała się do jego samochodu. Apteka znajdowała się w odległości nawet nie kilometra od jej mieszkania, ale jechali tam jakieś 20 min, jeśli nie dłużej, omijając główne miejskie arterie, prześlizgując się tylnymi uliczkami, aby nie wpaść na patrol. Kiedy wreszcie dotarli na miejsce, apteka była zamknięta, ale zapukała w okienko i na szczęście ktoś zareagował. Poprosiła ich o najsilniejsze leki przeciwbólowe jakie mieli. Dali jej wtedy zastrzyk. Pomogło.

To był moment, w którym Doniecka Republika Ludowa próbowała przejąć kontrolę nad miastem, a jedynym sposobem na ustanowienie tych rządów było przejęcie monopolu nad przemocą w mieście. W tamtym czasie funkcjonowało tam wiele niezależnych uzbrojonych grup, które nie chciały się poddać i ich uznać. Postanowili więc spacyfikować ich siłą. Siły separatystyczne donieckiej republiki rozbroiły wtedy grupę, która sama siebie określała mianem „Kozacy” i uwolnili z podziemia wielu ludzi, którzy już dawno uznani byli za zabitych.

W tamtym czasie Julia zakończyła współpracę z portalem Livia i pisała już zupełnie niezależnie. Miała absolutną wolność, choć w dużej mierze skupiała się wtedy głównie na organizowaniu pomocy humanitarnej. To właśnie w ramach organizowania tych dostaw poznała się, a następnie zrobiła wywiad, z żoną jednego z czołowych działaczy ruchu separatystycznego: Jekateriną Gubariewą, która sama bardzo aktywnie działała w strukturach DRL. Przed konfliktem Katia była rozpoznawalną lokalnie aktywistką organizującą przede wszystkim festyny i wydarzenia kulturalne promujące zdrowy, aktywny styl życia, prywatnie malarką. Jej mąż Paweł Gubariew przed wybuchem wojny w Donbasie również nie piastował żadnej znaczącej politycznie funkcji. Związany z Postępową Partią Socjalistyczną Ukrainy pracował jednak głównie w reklamie w 2007 roku zakładając własną firmę Morozko, w ramach usług której można było zamówić wizytę Świętego Mikołaja we własnym domu: „Każdego stać na to by zaprosić Świętego Mikołaja do domu” – reklamował swoje usługi Paweł . Wielu zachodnich autorów wskazuje na jego powiązania z grupą Narodowa Jedność Rosji (Русское Национальное Единство) partię polityczną jak i paramilitarną organizację o neonazistowskich proweniencjach, od której poglądów Paweł później w publicznych wystąpieniach się odcinał. Jednocześnie podziękował im oficjalnie za wojskowe przeszkolenie. Kiedy zapytałam Julię o to czy kiedykolwiek rozmawiała z nim na ten temat, odparła, że i owszem, przecież w tym względzie mają bardzo podobne doświadczenia.

Katerina i Paweł odegrali dość znaczącą rolę w przebiegu wypadków, które doprowadziły do wybuchu konfliktu zbrojnego w okręgu donieckim i ługańskim po ucieczce Wiktora Janukowycza w piątkowy wieczór 21 lutego 2014 roku.

Jak w wywiadzie opowiada Katia, cały Majdan obserwowali na ekranie telewizora, ona była w końcowej fazie ciąży, nikt wtedy jeszcze nie spodziewał się, że dojdzie do przewrotu a w jego wyniku rozpęta się wojna. Następnego dnia po ucieczce Janukowycza do Rosji, która odbyła się prawdopodobnie przez Donbas, w oparciu o głosowanie parlamentu ukraińskiego – Werchownej Rady wprowadzono na Ukrainie stan wyjątkowy. Odwołano Janukowycza z funkcji prezydenta i wyznaczono datę nowych wyborów na 25 maja. Tymczasem funkcję prezydenta zgodnie z przywróconymi poprawkami do Konstytucji z 2004 roku przejął przewodniczący parlamentu Oleksandr Turczynow, który następnego dnia został mianowany również zwierzchnikiem sił zbrojnych. Decyzje, które podjął pełniąc te funkcje przez następne trzy miesiące przyniosły mu przydomek „krwawego pastora”. Obserwując co dzieje się w Kijowie z Doniecka Gubariew postanowił dołączyć 22 lutego do regionalnego kongresu deputowanych wszystkich szczebli południowo-wschodnich regionów Ukrainy, w którym wzięła również udział delegacja z Rosji. Uczestnicy tego spotkania zgodnie uznali, że w Kijowie odbył się zamach stanu, a przejęcie władzy odbyło się nie konstytucjonalnie, a więc w ich opinii władze centralne zostały sparaliżowane. Następnie delegaci wspólnie zdecydowali, że „na okres do przywrócenia porządku konstytucyjnego i legalności […] samorządy wszystkich szczebli […] wezmą na siebie odpowiedzialność za zapewnienie porządku konstytucyjnego, legalności oraz bezpieczeństwa obywateli na swoich terytoriach”.

Po powrocie do domu 25 lutego Paweł opublikował na portalach społecznościowych apel do służb porządkowych Donbasu, w którym oświadczył, iż centralne władze ukraińskie są nielegalne, tak jak i wszystkie akty prawne przyjęte przez nie po 22 lutego 2014 r., jednocześnie zwracając się do służb, aby nie powstrzymywały związanych z tą sytuacją protestów. Jekaterina w wywiadzie z Julia wspomina przebieg wypadków tamtych dni. Po tym apelu wokół Pawła zebrała się grupa ludzi, którzy uformowali Ludową Milicję Donbasu (Народного ополчения Донбасса), która zgodnie z jej słowami składała się na początku głównie z aktywistów o pokojowych zamiarach. W tamtym czasie, jak twierdzi, nie było żadnych rozmów, ani nawet koncepcji na autonomię, bądź oddzielenie się Donbasu jako niezależnej republiki. Jedyne czego chcieli, jak mówi, to „żyć na własnej ziemi zgodnie ze swoimi wartościami i posługiwać się językiem, który wybiorą”. Katia twierdzi, że pomimo sprzeciwu większości obywateli wschodniej Ukrainy wobec przewrotu, który dokonał się w Kijowie, nie było w tym czasie już w ich regionie zbyt dużej sympatii i poparcia dla Janukowycza, który stamtąd pochodził i na przełomie wieków pełnił funkcję gubernatora tego regionu. Natomiast nastroje wobec rezultatu Rewolucji Godności, jak ochrzczono pospolite ruszenie na kijowskim Majdanie, były zgoła odmienne od tych, które panowały w stolicy i na zachodzie kraju. Donbas, trochę jak polski Śląsk, ze swoja gwarą i nieskrystalizowaną tożsamością narodową był zarazem czarną owcą jak i kozłem ofiarnym tego konfliktu. Gubariew stał się przedstawicielem tych, którzy pochodząc z ojcowizny wygnanego prezydenta, nawet jeśli przez nich nie faworyzowanego, mówiąc nie „ojczystym” językiem, chcieli aby ich głos był usłyszany, a ich prawa nie były marginalizowane. Paweł wraz ze zgromadzoną wokół niego strażą obywatelską 28 lutego na posiedzeniu Rady Miejskiej Doniecka, na którym ostatnim punktem porządku obrad była dyskusja na temat ówczesnej sytuacji politycznej wygłosił przemówienie, w którym krytykował „Partię Regionów” a jednocześnie przedstawił „Ultimatum Ludowej Milicji Donbasu do deputowanych Rady Miejskiej Doniecka”, w którym, nawiązując do uchwały Kongresu w Charkowie, postawił radzie miejskiej między innymi wymagania uznania rządu Ukrainy i regionalnej administracji państwowej Doniecka za nielegalne oraz ogłoszenie Rady Miasta jedynym prawowitym organem rządowym w Doniecku przy czym zgodnie z wolą obywateli wszyscy urzędnicy miejscy, w tym prokuratorzy mają zostać odwołani a kandydaci na te stanowiska powinni być mianowani wyłącznie w porozumieniu z Ludową Milicją Donbasu. Żądania te przyjęły formę ultimatum w przypadku niespełnienia którego Milicja Ludowa Donbasu uzna Radę Miejską Doniecka i wszystkich jej członków za pozbawione mandatu do legalnego sprawowania swoich funkcji i jest gotowa „podjąć odpowiednie kroki w celu delegitymizacji rady miejskiej, a także każdego deputowanego z osobna”. To nie był rok przestępny, choć dla wielu przestępczy. Następnego dnia, pierwszego marca, w odpowiedzi na wydarzenia poprzedzającego tygodnia odbyła się demonstracja, przez niektórych opisywana jako zebranie grupy kilkuset staruszków, która swój finał znalazła pod budynkiem Donieckiej Obwodowej Administracji Państwowej, gdzie Paweł został przez tłum tam zgromadzony obwołany nowym „namiestnikiem ludowym”. W obawie przed dalszym rozwojem wypadków drugiego marca Gubariew wysłał żonę i dzieci do Rostowa nad Donem – najbliższego granicznego miasta w Rosji o strategicznej pozycji portu nad morzem Azowskim. Trzeciego marca zwołano nadzwyczajne posiedzenie Rady Obwodowej Doniecka oraz wiec pod budynkiem Donieckiej Obwodowej Administracji Państwowej, w którym wzięło udział około półtora tysiąca osób. Gubariew i grupa milicji ludowej weszła do środka budynku. Paweł ponownie zwrócił się do zebranych posłów, odczytując im przedstawione już wcześniej ultimatum. Posłowie milczeli, ignorując przemówienie. Następnie Gubariew i jego zwolennicy udali się do protestujących, wzywając ich do szturmu na Doniecką Obwodową Administrację Państwową i zasugerował, że Rada Regionalna Doniecka zostanie uznana za nielegalną. Następnie demonstranci z Gubariewem na czele włamali się do budynku administracji i zajęli go, rozpraszając posłów. W sali obrad ogłosili utworzenie Rady Najwyższej regionu Doniecka. Wieczorem tego samego dnia Gubariew udał się do bezpiecznej kryjówki, a nocą służby porządkowe pod pretekstem doniesienia o rzekomo podłożonej bombie w budynku wyprowadziły wszystkich jego zwolenników z budynku administracji. Dwa dni później jednak Gubariew i jego zwolennicy ponownie zajęli budynek Donieckiej Obwodowej Administracji Państwowej z wyjątkiem piwnicy, w której schronił się oddział ukraińskiej policji. Szóstego marca Gubariew został zatrzymany przez funkcjonariuszy SBU. Wiedział już wtedy o zbliżającym się aresztowaniu i w związku z tym zaaranżował przybycie kilku zagranicznych stacji telewizyjnych, w tym rosyjskich, i przed aresztowaniem zorganizował krótką konferencję prasową na które powtórzył postulaty wygłoszone 3 marca przed Radą Miejską Doniecka. Został oskarżony z tytułu części 1 art. 109 Kodeksu karnego Ukrainy (działania mające na celu przymusową zmianę lub obalenie porządku konstytucyjnego lub przejęcie władzy państwowej), oraz części 2 art. 110 Kodeksu karnego Ukrainy (naruszenie integralności terytorialnej i nienaruszalności Ukrainy) a także art. 341 Kodeksu karnego Ukrainy (zajęcie państwowych lub publicznych budynków lub budowli). Następnego dnia został przewieziony i uwięziony zgodnie z decyzją Sądu Rejonowy im. Szewczenki na 2 miesiące w Kijowie. Podczas aresztowania przebywał w areszcie śledczym SBU, gdzie zgodnie z jego relacją był wielokrotnie torturowany i maltretowany.

Po jego aresztowaniu 9 marca 2014 r. W Doniecku odbył się wiec, który zgromadził ok. 3 tys. osób, na którym protestujący żądali jego uwolnienia. Coraz więcej ludzi zaczęło wychodzić na ulice a nastroje się zagęszczały.

Tu pojawiają się największe rozbieżności w oficjalnej wersji wydarzeń przedstawianych przez ukraiński rząd a tym jak o przebiegu wypadków opowiada Jekaterina Gubariewa. Zgodnie z oficjalnym stanowiskiem rządu pierwszy sprzęt wojskowy na teren Donbasu wysłany został dopiero 6 kwietnia w odpowiedzi na kolejne przejęcia budynków administracji państwowej w Doniecku i Ługańsku. Katia w wywiadzie opowiada jednak o tym jak po aresztowaniu Pawła sytuacja zaczęła się zaostrzać właśnie ze względu na wysyłany w kierunku Doniecka militarny ekwipunek. Opowiada o tym jak lokalni aktywiści, zgromadzeni w powołanej przez Pawła straży obywatelskiej spontanicznie organizowali się, aby blokować drogi, rozkładali na nich kolce, budowali zasieki, wreszcie zgodnie z relacją Katii gonili czołgi po polach, stając jednocześnie z żołnierzami armii własnego kraju twarzą w twarz i zadając im pytania po co ściągają uzbrojenie w okolice ich domów, wobec kogo zamierzają tej broni użyć? Jekaterina właśnie ten moment wskazuje jako krytyczny, wtedy najbardziej jej zdaniem zabrakło woli podjęcia jakiegokolwiek dialogu ze strony Kijowa. Katia wspomina, że w rozmowach telefonicznych, które odbywała w tym czasie z mężem nie brali jeszcze nawet pod uwagę referendum dotyczącego autonomii czy federalizacji z Rosją, ale właśnie wtedy sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli i przyjmować bardziej agresywny obrót. W tamtym momencie, jak twierdzi Katia, do ich obywatelskiej organizacji zaczęli dołączać ludzie z wojskową przeszłością bądź przeszkoleniem, gdyż zorientowali się już wtedy, iż ten konflikt nie zakończy się pokojowo na drodze dyplomatycznych negocjacji. Taka jest wersja wydarzeń jaką przedstawia Gubariewa w tym wywiadzie. Za poparcie jej słów może służyć przykład Tymoszenko, która przyleciała tam w pewnym momencie, rzekomo spotkać się z przedstawicielami separatystów i lokalną ludnością, a nie opuściła nawet terminalu lotniska. Zaaranżowała tam konferencję prasową, która stała się tylko kolejnym epizodem w medialnym spektaklu, który odbywał się na ekranach całego świata, a przecież, jak wspomina Katia, miała ona pozycję i środki do tego, żeby takie rozmowy naprawdę zainicjować. 

Nie da się tej historii opowiedzieć bez jeszcze jednej postaci, której obecność w Donbasie została użyta jako koronny dowód na interwencję rosyjską w kryzys na Ukrainie Wschodniej i na podstawie działań której pełniący obowiązki prezydenta Turczynow – „krwawy pastor” wydał rozkazy do przedsięwzięcia operacji antyterrorystycznej ustanawiając okręg doniecki i ługański obszarem znajdującym się pod tymczasową okupacją. Julia podczas wywiadu pyta Jekaterinę wprost o to w jakich okolicznościach i kiedy w Donbasie pojawił się Striełkow oraz o to jak go poznali i jak wyglądała ich relacja. Gubariewa, jak na większość pytań zresztą, odpowiada dość wymijająco. Igor Wsiewołodowicz Girkin, bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko, alias Igor Striełkow, weteran artylerii rosyjskiej, zgodnie z doniesieniami BBC pracował również dla Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) w jednostce antyterrorystycznej. Odegrał kluczową rolę w aneksji Krymu, a wcześniej walczył po stronie federalnej w rosyjskich kampaniach kontr-separatystycznych w Czeczenii i po stronie prorosyjskich separatystów. w konflikcie w regionie Naddniestrza w Mołdawii. Według różnych źródeł brał również udział w wojnie w Bośni jako ochotnik po stronie serbskiej oraz w Czeczenii na podstawie kontraktu. W 2014 r. Girkin został oskarżony przez bośniackie media i emerytowanego oficera armii bośniackiej o udział w masakrach w Wyszehradzie, w których w 1992 r. zginęły tysiące cywilów. W 2014 r. „The Moscow Times” na podstawie ujawnionych przez grupę hakerów Anonymous International osobistych e-maili Girkina podał do publicznej informacji iż służył on w FSB przez 18 lat od 1996 do marca 2013, w tym w Czeczenii od 1999 do 2005. Jego pseudonim „Striełkow” („Strelok”) można z grubsza przetłumaczyć jako „Strzelec”, znany jest również pod przydomkiem Igor Groźny. W 2013 roku, po przejściu na emeryturę, przez kilka miesięcy pełnił funkcję szefa ochrony funduszu inwestycyjnego Marshal-Capital, który ściśle współpracował z gazetą „Zawtra” oraz z agencją internetową ANNA-News Republiki Abchazji. Fundusz należał do rosyjskiego biznesmena Konstantina Małofiejewa. Jako przedstawiciel tego funduszu inwestycyjnego przez długi czas pracował też przyjaciel Igora, Aleksander Borodaj, późniejszy premier Donieckiej Republiki Ludowej. Pod koniec stycznia 2014 r., Zgodnie z oświadczeniami Striełkowa, jako szef ochrony Konstantyna Małofiejewa zapewnił bezpieczeństwo przywiezionych do Kijowa z Grecji sanktuariów ateńskich – Darów Trzech Króli. W tym samym czasie odwiedził także Euromajdan – „w celach informacyjnych”. Następnie Striełkow pojawił się na Krymie opisując swoją rolę tam jako „emisariusz Kremla” i zajął się organizacją i przeszkoleniem sił tak zwanej „samoobrony” Krymu. Jego pozycja postrzegana była jako ważniejsza niż samozwańczego premiera Krymu – Siergieja Aksjonowa, ale zgodnie z relacją Girkina to właśnie Aksjonow wysłał go z misją wsparcia separatystów w północno – wschodnich prowincjach. W nocy z 11 na 12 kwietnia Striełkow wraz z 52 żołnierzami przekroczył granicę państwową Ukrainy w obwodzie donieckim. Kilka dni wcześniej 6 kwietnia przed budynkiem administracji regionalnej w Doniecku ponownie zebrała się grupa około dwóch tysięcy protestujących żądając zorganizowania referendum podobnego do tego, które odbyło się na Krymie w marcu. Część protestujących wdarła się ponownie do budynku zajmując jego dwa pierwsze piętra. Postawili ultimatum, że jeśli nie zostanie zorganizowane nadzwyczajne posiedzenie rady legislacyjnej w celu uchwalenia ustawy o organizacji referendum przejmą kontrolę nad całym budynkiem jako reprezentacja władzy ludowej i unieważnią mandat wszystkich członków regionalnej administracji. Kiedy ich żądania nie spotkały się z pozytywnym odzewem ze strony urzędników zorganizowali samozwańcze głosowanie w budynku RSA proklamując zaistnienie niepodległej Donieckiej Republiki Ludowej. Jekaterina została powołana na Ministra Spraw Zagranicznych nowej republiki i to ona wygłosiła w jej imieniu transmitowane przez lokalną telewizję przemówienie, w którym oświadczyła, iż nowy ukraiński rząd to wojskowa junta i w imieniu ludności okręgu donieckiego DRL domaga się zorganizowania referendum, w którym mieszkańcy sami zdecydują o statusie przynależności, bądź niepodległości zamieszkiwanych przez nich terenów. . Do podobnego ataku doszło również w Charkowie, ale protestujący nie zdołali utrzymać budynku. 

Nad ranem 7 kwietnia grupa około tysiąca pro-rosyjskich aktywistów zaatakowała i zajęła siedziby SBU w Ługańsku przejmując zgromadzone tam uzbrojenie w tym karabiny maszynowe żądając uwolnienia aresztowanych dwa dni wcześniej przez ukraińskie władze separatystów, przy których już wtedy znaleziono trzysta karabinów maszynowych, granatnik przeciwpancerny, duża liczbę granatów oraz pistolety i bomby benzynowe . Następnego dnia grupa separatystów okupujących budynek SBU w Ługańsku idąc śladami donieckich separatystów również proklamowała Ługańską Republikę Ludową i według doniesień ukraińskich mediów zaminowała okupowany budynek biorąc 60 zakładników. Tego samego dnia Przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy, pełniący obowiązki prezydenta kraju Ołeksandr Turczynow, ogłosił zamiar podjęcia operacji antyterrorystycznej przeciwko tym, którzy chwytając za broń zajęli budynki administracyjne obwodów ługańskiego, donieckiego i charkowskiego oferując jednocześnie amnestie dla tych, którzy zdecydują się złożyć broń. Dwa dni później Minister Spraw Wewnętrznych Ukrainy Arsen Awakow postawił separatystom 48-godzinne ultimatum na rozwiązanie konfliktu poprzez negocjacje w innym wypadku rząd ukraiński będzie zmuszony użyć rozwiązania siłowego. Odbyły się pomniejsze rozmowy, nie przyniosły one jednak żadnego skutku. Jedenastego kwietnia premier ukraińskiego rządu Arsenij Jaceniuk oświadczył, że osobiście jest przeciwny egzekwowania prawa przy użyciu sił zbrojnych, ale istnieją granice tego, co rząd ukraiński może tolerować w obrębie własnego terytorium. Dwunastego kwietnia grupa Striełkowa, mieniąc się zwolennikami Donieckiej Republiki Ludowej, zajęła budynki administracyjne policji i rady miejskiej w mieście Słowiańsk w obwodzie donieckim. Oddział uformowany na Krymie, składał się z ochotników zwerbowanych zarówno z Rosji jak i Krymu, ale także Winnicy (miasta na wschodnim Podolu), Żytomierza i Kijowa a także sporej ilości mężczyzn, którzy dołączyli do nich z okręgu donieckiego i ługańskiego. Na początku dwie trzecie tego oddziału było obywatelami Ukrainy, w tym większość miała doświadczenie bojowe walcząc bądź to w Siłach Zbrojnych Federacji Rosyjskiej w konfliktach w Czeczeni i Azji Środkowej (Kazachstan, Uzbekistan, Turkmenistan, Kirgistan i Tadżykistan), bądź byli to weterani Ukraińskiej Armii, którzy doświadczenie bojowe zdobyli w Iraku bądź byłej Jugosławii. Czternastego kwietnia w Internecie pojawiły się nagrania z przechwyconego sygnału radiowego, określane jako negocjacje pomiędzy „milicjami” działającymi na południowym wschodzie Ukrainy, w których mężczyzna ze znakiem wywoławczym „Strelok” opowiada o pomyślnej likwidacji funkcjonariuszy SBU w obwodzie słowiańskim. W komentarzach do tych negocjacji w mediach sugerowano, że mężczyzna ze znakiem wywoławczym „Strzelec” jest jednym z przywódców separatystów, a jego rozmówca to rosyjski biznesmen Aleksander Borodaj, oboje jak wspominałam pracowali w funduszu inwestycyjnym „Marshal Capital” Konstantina Małofiejewa. Następnego dnia po ujawnieniu tych nagrań Turczynow, któremu właśnie między innymi ta decyzja przysporzyła przydomek „krwawy pastor” podejmuje decyzję o rozpoczęciu operacji antyterrorystycznej skierowanej przeciwko prorosyjskim separatystom i ustanowieniu strefy działań antyterrorystycznych w rejonie Donbasu wydając tym samym siłom zbrojnym Ukrainy rozkaz do walki. Tak zaczęła się wojna.

W dniu 7 maja 2014 r. Paweł Gubariew, zastępca „burmistrza ludowego” Słowiańska Igor Perepeczenko oraz działacz z obwodu chersońskiego Siergiej Żłobina, zostali uwolnieni na przejściu kontrolnym w Słowiańsku w ramach wymiany więźniów w zamian za trzech oficerów, którzy 27 kwietnia dostali się do niewoli donieckiej milicji. To Striełkow przyprowadził Gubariewa z tej wymiany, symbolicznie zwracając go „ludowi”. W tym czasie toczyły się krwawe walki w okolicach Słowiańska i Mariupola.

Ze Słowiańska Gubariew udał się incognito do Doniecka. Jedenastego maja na terenie Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych zostały spełnione postulaty protestujących i zorganizowano referenda mające zadecydować o dalszych losach samozwańczych republik. Nowe władze lokalne, które które je przeprowadziły doniosły, że w Doniecku 89% głosujących opowiedziało się za niepodległością i utrzymaniem DRL a jedynie 10 % przeciwko przy 75 % frekwencji. W Ługańsku wyniki były jeszcze bardziej optymistyczne z porażającą, bo 96% przewagą głosów za oddzieleniem się republiki od Ukrainy. NIe było tam żadnych niezależnych obserwatorów, którzy mogliby ocenić zarówno dostęp lokalnej populacji do możliwości głosowania jak i monitorować proces liczenia głosów. Zastanawiające jest zresztą, kto zdecydował się w warunkach toczących się wokół walk i nalotów wziąć udział w takim głosowaniu. Następnego dnia po referendum w sprawie samostanowienia Donieckiej Republiki Ludowej, ogłoszono suwerenność nowego państwa. Tego samego dnia Igor Striełkow ogłosił, że przyjął stanowisko dowódcy sił zbrojnych DRL i zapowiedział wprowadzenie reżimu operacji antyterrorystycznej. Piętnastego maja Rada Najwyższa DRL mianowała Igora Striełkowa na stanowisko szefa Rady Bezpieczeństwa i ministra obrony DRL. W dniu 2 czerwca 2014 roku z granatnika ostrzelano biuro Gubariewa w Doniecku w budynku byłej administracji obwodowej Doniecka. Atakujący wycelowali w okno biura, ale chybili. W Doniecku Gubariew i jego zwolennicy zorganizowali partię Noworosja. W dniu 19 czerwca 2019 r. Holenderscy prokuratorzy oskarżyli Girkina o zabójstwo kilkuset osób podczas zestrzelenia samolotu Malaysia Airlines i wydali przeciwko niemu międzynarodowy nakaz aresztowania. Szesnastego sierpnia z nieznanych przyczyn Jekatarina Gubariewa została zdegradowana do zastępcy ministra, a jednocześnie w związku z kolejnym zamachem na życie swojego męża, który miał miejsce 13 października 2014 roku w wyniku którego doznał on urazu głowy tymczasowo przejęła kierownictwo partii Nowa Rosja. Po podpisaniu protokołu z Mińska zmieniło się nastawienie władz DRL do partii Noworosja – nie została ona dopuszczona do wyborów 2 listopada 2014 roku. Niektórzy członkowie partii weszli do publicznego stowarzyszenia „Wolny Donbas”. W związku z pełnieniem funkcji Ministra Spraw Zagranicznych w samozwańczej Republice Ludowej Doniecka oraz pod zarzutem używania kont bankowych do finansowania nielegalnych uzbrojonych grup separatystów, podobnie zresztą jak na jej męża, zostały na nią nałożone przez Unię Europejską sankcję. W kierunku Kati zostały również wysunięte oskarżenia o przemyt broni i osób pod przykrywką organizowania konwojów humanitarnych dostarczających jedzenie i leki dla ludności cywilnej na terenie DNR. W odpowiedzi na nie oświadczyła: „Nie przewozimy ani broni, ani żołnierzy i nie jesteśmy związany w żaden sposób z tą stroną konfliktu” (The smuggling ‘foreign minister’ of the ‘Donetsk People’s Republic’, „Telegraph.co.uk”., 28 lipca 2014). Cała trójka mniej więcej w tym samym czasie została odsunięta od pełnienia prominentnych funkcji w szeregach Donieckiej Republiki Ludowej. 

W wywiadzie z Jekateriną, który Julia opublikowała na YouTubie 23 czerwca 2015 roku, a którego przetłumaczony fragment możecie obejrzeć poniżej (link do pełnego wywiadu – j. ukraiński/ j. rosyjski), Katia zdecydowanie twierdzi, że to nie Girkin rozpętał tę wojnę, że to Kijów jako pierwszy rozpoczął agresją wobec własnych obywateli wysyłając na teren Donbasu sprzęt wojskowy a do pierwszych starć doszło przed pojawieniem się emerytowanego generała. W wywiadzie zdawkowo opisuję jego rolę jako mentora i szkoleniowca, który jako człowiek zaprawiony w walce pomógł donieckiej milicji ludowej zorganizować ich struktury obronne i odeprzeć ataki nieuznawanego przez nich ukraińskiego rządu. Na pytanie Julii o to, czemu do władzy w DRL doszły osoby, których ani nikt nie znał, ani nie pochodziły z tych terenów i czy ktoś ich tam przysłał właściwie nie odpowiada, wymijająco opowiadając o aktywistach przez wiele lat tworzących zręby wspólnoty, która następnie stała się samozwańcza republiką. Udziela również wymijającej odpowiedzi na pytanie o to jakie są źródła finansowania DRL i jak organizowany jest je budżet. Dwudziestego listopada 2014 roku w rozmowie z gazetą „Zawtra” Igor Striełkow oświadczył, iż bez jego udziału rebelianci w Donbasie nie podjęliby działań, a ruchy protestacyjne zostałyby stłumione: „W końcu pociągnąłem za spust wojny. Gdyby nasz oddział nie przekroczył granicy, ostatecznie wszystko by się skończyło, tak jak w Charkowie, jak w Odessie. Kilkudziesięciu zabitych, spalonych, aresztowanych. I to by się skończyło”. Pozew zbiorowy przeciwko Striełkowowi został wytoczony przez 25 krewnych osób zabitych w katastrofie Boeinga 777 w dniu 17 lipca 2014 r. Powodowie (w tym 10 obywateli Holandii) argumentowali, że Striełkow był odpowiedzialny za śmierć pasażerów i załogi tego samolotu. W dniu 21 grudnia 2017 r. Sąd Okręgowy Północnego Okręgu Illinois uwzględnił pozew, zasądzając od Igora Striełkowa łącznie 400 mln USD na rzecz ofiar katastrofy lotniczej (20 mln USD dla każdego powoda). Decyzja została podjęta zaocznie. Dziewiątego marca 2019 roku na stronie numismat.ru Girkin wystawił na sprzedaż medal, który otrzymał za zjednoczenie Krymu z Rosją.

Julia również musiała zapłacić za zadawanie niewygodnych pytań…

Share
Facebook Twitter Google+