SEARCH

Hội An, Sierpień 2018

Pierwszy raz spotkałam Julię w jednym z beach barów w wietnamskim kurorcie Hội An, które w jednej z międzynarodowych fejsbukowych ankiet zostało ogłoszone najlepszym miejscem do życia – cokolwiek miałoby to znaczyć. Tę orientalną turystyczną mekkę uratował przed zniszczeniem polski archeolog Kazimierz Kwiatkowski, którego popiersie można znaleźć na jednej z głównych uliczek tego podróżniczego raju, w starym porcie, a w parku Kazika młodzi Wietnamczycy najczęściej grają w kosza bądź ćwiczą smoczy taniec przed dożynkowym karnawałem. Hội An Phố – „miasto bezpiecznego lądowania”, „miejsce pokojowego spotkania” – stało się moim domem trochę z przypadku, ale nie jestem w tej kwestii wyjątkiem, pełno tu życiowych rozbitków. Faifo, bo tak wołali na nie między innymi portugalscy żeglarze, to stara indoeuropejska faktoria handlowa, która przyciąga podróżników i awanturników z całego świata od ponad dwóch tysięcy lat. Dziś przybywają tu – w zdecydowanie bardziej komfortowych warunkach i przytłaczających ilościach – turyści, backpackersi i „cyfrowi nomadzi”. Niektórzy zostają na dłużej. Wszystkich nas sprowadza tu prawdopodobnie legenda orientalnej Wenecji, postkolonialnego wdzięku małych żółtych kupieckich domków, urokliwych wąskich uliczek, portowej atmosfery rozchełstania i rauszu. Ta perełka jedwabnego szlaku – słynna z kunsztu krawców i szewców, rozwieszona na nitkach delty rzeki Thu Bồn wzdłuż kilkunastu kilometrów zapierających dech w piersiach plaż Morza Południowochińskiego, miejsce spotkania i wymiany, miejsce tymczasowego, bezterminowego lądowania – okazała się kopalnią niesamowitych i bardzo ludzkich historii z całego świata.

Julia przyjechała tu rok po mnie. Z początku wydawało mi się, że się nie polubimy. Była znajomą znajomej Ukrainki. Wpadła przejazdem, ale postanowiła zostać na kilka miesięcy. Nie spodziewałam się, że połączy mnie z nimi obiema coś szczególnego. Wydawała mi się… nie wiem… może wyniosła? Jakby była w miejscu i pośród ludzi, którymi nie chce się otaczać. Dopiero później zrozumiałam, że nie chciało jej się po prostu tracić czasu na nic znaczące, grzecznościowe wymiany zdań. 

Co można powiedzieć o Julii na pierwszy rzut oka? Z pewnością to, że jest elegancka. To określenie pasuje do niej bez względu na to, co ma na sobie. Brzmi to nieco ironicznie w świetle jej historii, ale tak, to jedno mogę stwierdzić z całą pewnością – jest zdecydowanie kobietą z klasą. Zazwyczaj ma na sobie perfekcyjny, choć bardzo dyskretny makijaż i naprawdę zna się na kosmetykach, co było jednym z tych czynników, które sprawiły, że włożyłam ją w jakąś bardzo konkretną i mało interesującą dla mnie szufladkę. Porządkowanie świata, ludzie i to jakie mają o sobie wyobrażenie. Bardzo się pomyliłam. Absolutnie nie spodziewałam się tego, co w niej znalazłam. Wydawała mi się „paniusią”, rozpieszczoną lalką, która nie wie, co ze sobą zrobić, i błąka się po świecie, bo ją na to stać. Jednocześnie moją uwagę zwrócił fakt, że była bardzo bystra, a jeśli podejmowała jakiś temat to wiedziała, o czym mówi. A potem przy jakiejś okazji wspomniała o wojnie…


Julia, Kijów, 2.06. 2014

Oryginalna publikacja w języku ukraińskim

Jeśli dorastasz w małym miasteczku, które samo wyrosło w latach 80., zbierasz niedopałki papierosów z ulicy, czytasz Cool girl, słuchasz Ricky’ego Martina, a pierwsze zatrucie alkoholowe przeżywasz w swoje piętnaste urodziny, szanse na to, że zainteresują cię kwestie tego, jak ten świat jest skonstruowany, są bardzo małe.

Ja miałam szczęście urodzić się w rodzinie, gdzie czytało się książki. Moi rodzice głosowali w 1991 roku za niepodległością i było nas stać na wakacje na Jałcie. Moje dzieciństwo różniło się od dzieciństwa tych, którzy zbierali niedopałki z chodnika. Ja wspierałam mołdawską ekonomię, kupując fajki przemycane na Ukrainę przez stare babcie.

Dla każdego dziecka ojciec jest moralnym autorytetem. W moim wypadku wiązało się to z tym, że w wieku trzech lat śpiewałam już ukraiński hymn, a zanim skończyłam sześć lat, wiedziałam, kim by Stepan Bandera. W wieku czternastu lat byłam przekonana, że mój kraj to kolebka europejskiej cywilizacji, a dekalog ukraińskich nacjonalistów, podobnie jak Mein Kampf znałam jak pacierz. Gdy miałam piętnaście lat, stanęłam na czele nacjonalistycznej młodzieżówki w swoim mieście, kierując całą grupą starszych od siebie facetów, i nie ukrywam, że byłam z tego faktu niezwykle dumna.

W tamtym czasie marzyłam o tym, żeby zostać dziennikarką. Pisałam krótkie teksty do lokalnej gazety (wciąż nie wiem, czy publikowali je dlatego, że rzeczywiście były dobre, czy raczej z powodu tego, że redaktor naczelny był kumplem mojego ojca). Pierwsze zarobione w ten sposób pieniądze – dwadzieścia dwie hrywny – oddałam na partię w ramach dobrowolnej składki.

W młodości nigdy nie wątpiłam, że homoseksualizm to perwersja, że Żydzi są złodziejami i dręczyli ukraiński naród, a jednocześnie tworzą elitę, która rządzi światem. Nie wątpiłam również w to, że czarni są mniej inteligentni od białych oraz że Ormianie i Gruzini myślą tylko o tym, jak przelecieć słowiańską bladolicę, najlepiej blondynkę. 

Cały mój świat był realizacją nazistowskiego stereotypu. Jednocześnie nigdy nie miałam skłonności do przemocy, choć w wieku szesnastu lat marzyłam o tym, że kariera w dziennikarstwie pozwoli mi zostać dyktatorem. W tamtym czasie byłam bardzo niedojrzała i słaba zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie, a tacy ludzie nie bardzo nadają się na dyktatorów. Marzenie o zostaniu dyktatorem nie przeszkadzało mi jednak snuć jednocześnie wizji szczęśliwego małżeństwa, w którym urodzę czwórkę dzieci i zostanę westalką domowego ogniska.

Mój świat zaczął się zmieniać dopiero, gdy opuściłam dom rodziców i wyjechałam na studia. Byłam jak to pisklę, które po raz pierwszy wylatuje z gniazda i ogląda świat na własne oczy.

Nigdy nie byłam gopnikiem, w każdym razie nie typowym. Słuchałam muzyki klasycznej. Nie skubałam słonecznika, siedząc na chodniku i rzucając łupiny gdzie popadnie. Byłam grzeczna i nauczona szacunku wobec starszych, zawsze ustępowałam miejsca w tramwaju. Nie wytykałam palcem wrogów narodu ani otwarcie ich nie potępiałam. Jednocześnie nigdy nie siedziałam obok osoby o czarnym kolorze skóry. Odczuwałam niesmak na widok Azjatów i myślałam, że jest ich zdecydowanie zbyt wielu, więc małe ludobójstwo gdzieś nad brzegiem rzeki Huang He nie wydawało mi się wcale złym pomysłem. Kiedy widziałam Żydów wychodzących w sobotę z synagogi, w głowie rozbrzmiewała mi Hava Nagila w akompaniamencie fantazji o tym, że Palestyńczycy wygrają wojnę. Kiedy tylko zobaczyłam otwarcie homoseksualną osobę, przed oczami z miejsca stawały mi sceny z obozu w Nordhausen. Słysząc słowo „feminizm”, uśmiechałam się tylko, będąc absolutnie przekonana, że jedynie lesbijki i kobiety w nieszczęśliwych związkach mogą identyfikować się z taką postawą.

Cały paradoks tej sytuacji polegał na tym, że geje, Żydzi, feministki, lewacy, buddyści, rastamani, ludzie innych wyznań, a także ateiści zaczęli tworzyć coraz większą grupę moich znajomych. Przestali być obcymi, innymi. Byli moimi przyjaciółmi. I to była prawdziwa, a nie udawana, przyjaźń. Naprawdę pokochałam tych ludzi.

Można było się spodziewać, że będę musiała się zmierzyć z czymś, co określa się mianem kryzysu tożsamości. Całe moje wychowanie, zasady, świat, który mnie ukształtował, były totalnie w kontrze wobec mojego nowego otoczenia. Wciąż słyszałam nagabujący mnie głos: „Musisz być silna”, „Nie możesz poddać się ich wpływom”. A jednocześnie ten nowy świat kusił mnie poczuciem wolności – wolności wyboru, wolności myślenia.

Moja konserwatywnie ukształtowana tożsamość ostatecznie została unicestwiona w czterdzieści sekund, kiedy skinheadzi zaatakowali mnie i dwoje moich przyjaciół tylko dlatego, że wyglądaliśmy inaczej niż reszta ludzi na ulicy. Rozcięte wargi, podarte ubrania i zszargany honor położyły kres moim nacjonalistycznym poglądom.

Następne kilka lat minęło mi bez szczególnego planu i kierunku. Zostałam przeniesiona na inny uniwersytet, z którego i tak zrezygnowałam na trzecim roku. Pracowałam trochę w dziennikarstwie. Od czasu do czasu się żeniłam, a następnie rozwodziłam, ale przede wszystkim obserwowałam świat wokół mnie. Obserwowałam, jak wielkie koncerny farmaceutyczne niszczą ludzkie życia, zamiast je ratować, żerując na oszczędnościach zdesperowanych ludzi. Widziałam, jak ludzie pracujący w fabryce po czternaście godzin na dobę dostają 1200 hrywien miesięcznie. Jak dzieciaki wyżywają się na chłopcu w za krótkich spodniach. Jak pracownicy rządowych firm telekomunikacyjnych nie dostają swoich wynagrodzeń. Do jakiej korupcji dochodzi w trakcie rządowych przetargów. Jak babcia trzęsącymi się rękoma podnosi z ulicy bilon, żeby kupić psu parówkę. Jak podrostki napastują parę z Afryki. Jak uczy się trzylatki nie tylko hymnu narodowego, ale i piosenek pełnych nienawiści wobec Rosjan. Jak wielkie korporacje niszczą nasze środowisko. Jak tytani ropy mordują się nawzajem.

Obserwowałam niesprawiedliwość. Brak równości. Prymitywizm panującego establishmentu. Ale nie widziałam też żadnej alternatywy. Jak to często bywa w moim życiu, przypadek zadecydował o wszystkim. W pewnym momencie postanowiłam wrócić na studia i zapisałam się na kurs filozofii politycznej – właśnie to doświadczenie pozwoliło mi uświadomić sobie, jak sama mogę zacząć zmieniać świat.

Wierzę, że świat może się zmienić tylko wtedy, gdy zniszczymy tradycje, ponieważ chronią one i usprawiedliwiają nacjonalizm. To tradycją uzasadnia się porwania młodych dziewczyn w Kazachstanie czy palenie wdów w Indiach. To z powodu tradycji molestowanie kobiet na Ukrainie wciąż nie jest karalne, a policja przymyka oczy na przemoc domową. Tradycyjne wartości i modele zmuszają homoseksualistów na Ukrainie do ucieczki do dużych miast, bo nie mają zbyt dużych szans na przeżycie na prowincji.

To z powodu tradycji jesteśmy uczeni w szkole jednej konkretnej religii, a nie tolerancji. Nikt nie uczył mnie faszyzmu, kiedy byłam dzieckiem, ale pokrewne ideologie zniekształciły kompletnie mój odbiór świata w młodości. Poza tym wszystkim, będąc dopiero co nawróconą lewaczką, orędowniczką lewicowych idei, wciąż wierzyłam, bądź też miałam nadzieję, że rdzeniem nacjonalizmu nie jest nienawiść do ludzi, którzy są inni, ale ślepa miłość do kraju i rodaków, ludzi takich jak ty. Dopiero ostatnie wydarzenia na Ukrainie, które spowodowały, że nacjonalizm wszedł do mainstreamu, uświadomiły mi, że bycie nacjonalistą oznacza tyle, co „nienawidzić swoich braci”.

Nikt mnie na lewaczkę nie wychował. Nie było żadnej ideologii czy grupy, która by na mnie wpłynęła. Pod tym względem polegam tylko na sobie i własnej ocenie sytuacji, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że wciąż za mało wiem i więcej mam pytań niż odpowiedzi. Jednocześnie jestem przekonana, że zmierzam w po-prawnym kierunku.

Kijów/ Donbas, grudzień 2014

Przed Majdanem traktowała pisanie raczej jako hobby, choć miała za sobą również siedem lat doświadczenia pracy jako dziennikarka w radiu, telewizji i gazecie. W tamtym czasie jednak zawodowo już od kilku lat związana była z komercyjnym PR-em w sektorze budowlanym. Kiedy na ulicach Kijowa wybuchła rewolucja, zaczęła mieć poczucie, że coś jest nie tak. Czytała rosyjskie i ukraińskie gazety, przeglądała media społecznościowe, śledziła wiadomości na kilku kanałach i wydawało jej się, że każdy przedstawia inną wersję wydarzeń. Nie wiedziała, komu wierzyć, czy którejkolwiek z tych wersji może zaufać.  Kontynuowała pracę w firmie do czasu, aż napisała post na Facebooku, w którym ustosunkowała się do tego, co się dzieje w jej kraju z bardzo osobistej perspektywy.  Co zabawne, wpis w ogóle nie dotyczył Majdanu. Napisała tylko, jak została lewaczką, pomimo wychowania w prawicowej rodzinie. Jej ojciec – burmistrz miasta był jednocześnie członkiem Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów, do którego i ona należała od dziecka, a jako nastolatka zaś została przewodniczącą jego oddziału w rodzinnym mieście. 

Po opublikowaniu tego posta odezwał się do niej redaktor naczelny lewicowego portalu i zaproponował jej, żeby dla nich pisała. To był dość popularny portal [https://liva.com.ua/], ale prawie nikt nie płacił za subskrypcję. Miała jednak swoje oszczędności, rzuciła więc dobrze płatną pracę i postanowiła, że w to wejdzie. 

W tym samym momencie rozstała się ze swoim chłopakiem, który pochodził z Doniecka, i jak sama, nieco żartobliwie, opowiada, próbowała się go pozbyć z mieszkania, zaproponowała więc, żeby razem pojechali odwiedzić jego matkę. Powiedziała mu: „Żenia, wiesz, rozstaliśmy się, ale pojedźmy tam razem, chcę zobaczyć na własne oczy, co się tam dzieje”. Ruszyli więc na wschód i zatrzymali się w domu jego matki. 

Był grudzień. Pojechali tam pociągiem. W oknach dziury. Mokry śnieg wdzierał się i oblepiał ich z każdej strony. Było tak zimno, że z niemocy po prostu płakała. W końcu dojechali do małego miasteczka Konstantynówka. Nie wiedzieli, pod czyją kontrolą się znajduje. Dalej pociąg nie jechał, mieli przesiąść się tam na autobus do Doniecka. 

Kiedy wysiedli z pociągu, znalazła małą kawiarnię na stacji benzynowej. Chciała się ogrzać. Usiadła tam, zamówiła kawę i zaczęła się rozglądać. Wtedy zobaczyła wojnę po raz pierwszy. Na zewnątrz kawiarni stali jacyś chłopcy, mieli może po kilkanaście lat. Byli w wojskowym kamuflażu, z łysymi głowami i ogromnymi uszami. Pamięta pierwszą myśl, która przemknęła jej przez głowę na ich widok: „ Boże, wyszłabym i przytuliła was jak matka”. W tej kawiarni napisała pierwszą relację z wojny we własnym kraju.

Julia, Konstantynówka, 20 grudzień 2014 

Oryginalna publikacja w języku angielskim

#My_Donbass _ Challenge

Jest 19 grudnia 2014 roku. To najgorszy rok, jaki do tej pory przeżyłam. Chcę jedynie, żeby się skończył. Teraz. Siedzę w kawiarni w miasteczku Konstantynówka, w okręgu donieckim. Za oknem stoją zakamuflowani ludzie z pistoletami. Nie wiem nawet, dla kogo walczą, ale są tak młodzi, że dałabym im kakao z mlekiem i ciastkiem. Może tak zrobię.

Na lokalnych ryneczkach wyprzedają choinki. Bankomaty wciąż działają, więc ludzie z pobliskich wiosek wstali wcześnie rano, żeby wypłacić gotówkę. Za oknem przepiękna kobieta prowadzi za rękę dzieci do szkoły. Czas przyśpieszył – sklepy otwierają się o szóstej rano i mam poczucie, jakby ludzie poruszali się jakoś szybciej, jakby chcieli umknąć przed wojną…

Czuję się zmęczona codziennym filtrowaniem informacji jak fusów z kawy przez zaciśnięte zęby, terabajtów państwowej propagandy, pełnych kłamstw i nienawiści. Postanowiłam więc przyjechać tu z Kijowa i zobaczyć na własne oczy, co tu się dzieje. Tak więc jestem. Rzucam wyzwanie mojemu poukładanemu życiu, wypełnionemu noworocznymi mandarynkami, wizytami w kinie i galeriach. Nastawiam oczy i uszy… i boję się. Wczoraj w pociągu podsłuchałam, jak kobieta mówiła o zawieszeniu broni [dot. 5 września] swojemu mężowi, ale dziś dano mi dobrą radę: „Kiedy usłyszysz strzały, kładź się na ziemię i przykryj głowę rękami. Dla nas to już nawyk”.

Nie znajdziecie tu raportów z frontu ani dogłębnych wywiadów z żołnierzami, wojskowymi czy innymi wojownikami. Nie przyjechałam tu oglądać wojny, ale przyjrzeć się jej podszewce, ranom, które zostawia w miastach i w sercach ludzi. Jednocześnie jestem gotowa i spodziewam się zobaczyć wszystko. Obiecałam sobie, że cokolwiek się stanie, będę odważna i szczera. 

Jest 9:48 rano. Za kilka minut skończę tę kawę, nacisnę guzik „opublikuj” i zacznę wsiąkać w tę rzeczywistość. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku i że będę w stanie codziennie pisać o tym, co widzę i czego tu doświadczam. Marzę również o tym, że wrócę do domu i ubiorę choinkę, przywitam Nowy Rok i uśmiechnę się do tych, którzy tam na mnie czekają.

Share
Facebook Twitter Google+